sobota, 7 maja 2016

RAGEHAMMER: Test prawdziwości

Dojrzały wiek, tysiące przesłuchanych płyt, setki zjeżdżonych koncertów i obfita pisanina o muzyce, powinny uczynić ze mnie człowieka nieco zblazowanego, zgorzkniałego i cynicznego. Powinienem być jak znudzony aktor filmów porno, któremu do podniety potrzeba dużo więcej niż dekolt w wieczorowej sukni. Nic z tego. Przy płytach takich jak „The Hammer Doctrine” wciąż czuję się jak dwunastoletni chłopiec, który w kiosku Ruchu pomiędzy „Wędkarzem Polskim” a komiksem o kapitanie Żbiku, wypatrzył gazetę z gołymi cycami na okładce


Doskonale rozumiem, że niektóre płyty metalowe mogą się ludziom podobać, a inne nie. Wiadomo, każdy ma inny gust, inną wrażliwość i indywidualne upodobania. Istnieje jednak coś takiego jak „duch metalu”, pewien ekstrakt, który jak alkohol w drinkach, rozrabiany jest w rożnych proporcjach i podawany w różnym natężeniu. Innymi słowy – jak słucham niektórych albumów to mam wrażenie, że są one papierkami lakmusowymi, pokazującymi czy ktoś ten metal tak naprawdę rozumie, czy tylko mu się tak wydaje.

Gniewny młot na pozerów

Potrafię zrozumieć, że komuś nie podoba się Cannibal Corpse bo za brutalne, albo nie lubi Iron Maiden bo za melodyjne, albo Atheist bo za techniczne, albo Burzum bo za prymitywne...
Jest jednak taki rodzaj metalu, który moim zdaniem powinien łączyć wszystkich metalowców. Ten metal sięga do korzeni muzyki ekstremalnej, czasów, w których była ona już brutalna i bezkompromisowa, ale jeszcze nie została poszufladkowana, a jej podgatunki nie były precyzyjnie zdefiniowane. Venom, Bathory, Hellhammer, Sodom – te zespoły grały po prostu metal – ekstremalny, mroczny, brutalny i szokujący.
Po latach wiele zespołów do tej estetyki nawiązuje, grając coś co jest wypadkową thrash, death, black i heavy metalu – muzyką surową, selektywną i mniej lub bardziej chwytającą za serducho. Bliski takiemu graniu jest właśnie RAGEHAMMER, zdradzający fascynację starą szkołą metalowego grania, składający hołd czasom, w których nie istniały jeszcze podziały gatunkowe. Ich debiutancki album „The Hammer Doctrine” to prawdziwy metal dla prawdziwych metali. To muzyka, która oddziela sezonowych hobbystów od prawdziwych metalowych maniaków, w których żyłach nie płynie krew lecz rtęć. Krakowianie dokonali jednak czegoś więcej niźli tylko oddanie pokłonu protoplastom speed, thrash, death i black metalu. Ich muzyka ma swój charakter – mocny rys indywidualności i wyraźnie określoną tożsamość. „The Hammer Doctrine” to kawał doskonale brzmiącego i porywającego metalu. Czekałem w tym roku na nową płytę Destroyer 666, czekałem na nowy Desaster, a powiem Wam, że ani Australijczycy ani Niemcy nie sprawili mi swoimi krążkami takiej radochy jak nasza krakowska ekipa.


Moc, piękno, siła i metalowe wkurwienie

Już otwierający płytę „First Wave Black Metal” poraża cudownym naturalnym brzmieniem, zarówno sekcji rytmicznej jak i samych gitar. Prawie czuję w nozdrzach kurz, który dobywa się z werbla po pierwszych uderzeniach. Gitary swoją cudowną chropowatością rozkosznie drapią mnie po plecach, a wspaniale wyważone, agresywne, ale jednocześnie czytelne wokalizy zachwycają swoją selektywnością i sposobem w jaki zostały wkomponowane w muzykę. Należy przy tym dodać, że nie mamy tu do czynienia z żadnym garażowym oldskulem – bo mimo że ta muzyka brzmi naturalnie i organicznie to jednocześnie ciężko, potężnie, selektywnie i bardzo profesjonalnie. Wokalnie Heretik Hellstörm na tym krążku wspiął się na absolutne wyżyny – w doskonały sposób łączy agresję z czytelnością, a miejscami jego charyzma i ekspresja sprawiają, że autentycznie czuję ciary i gęsią skórkę na plecach – i to nie tylko w tych na wskroś black metalowych partiach, ale także w momentach bardziej melodyjnych zaśpiewów, cudownie nawiązujących do złotych czasów speed metalu. Uwielbiam te pijackie melodyjne frazy w absolutnym hicie - „First Wave Black Metal” - gdy Hellstörm wyśpiewuje: „Branded and exiled from purgatory The break of oath none shall see Showing no mercy to angels falling Diabolic forces are we” - jest to moment tak porywająco piękny, że prawie oczy zachodzą mi mgłą i gdybym nie był cholernie twardym metalowym skurwysynem to pewnie rozpłakałbym się i rozkleił, polewając sobie kolejne szklanice zimnej whisky.
Zresztą „The Hammer Doctrine” to kopalnia samych hitów – brzmi jak pieprzony „the best off” zespołu z dwudziestoletnim stażem. Słucham jej dziś przez pół dnia z szeroko otwartymi ustami, niczym Sasha Grey w kulminacyjnym momencie filmu i nie mogę uwierzyć, że ten krążek jest tak obezwładniająco zajebisty. Nie mogę uwierzyć z jakim wdziękiem łączy drugą falę jadowitego black metalu, z klasycznym i szlachetnym metalowym graniem, jaką potęgą riffów emanuje, jakim plugawym i niemal punkowym chamstwem pluje mi prosto w twarz, i z jaką thrash metalową zadziornością miota mym karkiem na wszystkie strony. Nie mogę uwierzyć z jakim kunsztem, smakiem i wyczuciem wprowadza te wszystko melodie – bo przecież w gruncie rzeczy to bardzo melodyjna płyta, ładnie poukładana i misternie zaaranżowana. Tylko, że ta jej melodyjność podana jest jak subtelna erotyka, a nie ordynarna pornografia. Zawsze z wyczuciem, smakiem i w witruwiańskich proporcjach. Posłuchajcie choćby szlachetnie melodyjnego „Knives”, tej kontrolowanej agresji „I Am the Tyrant”, która jest jak wściekły lecz dobrze wytresowany pies atakujący tylko wtedy gdy otrzyma stosowną komendę.

Po polsku i bez obciachu

Zwykłem słuchać płyt od początku do końca – w przypadku tego krążka parę razy złapałem się na pokusie, żeby wcisnąć repeat po wybrzmieniu pojedynczych utworów. Nie robię tego jednak bo wiem, że po zakończeniu każdego z nich czeka mnie kolejny strzał na miarę poprzednika.
Po ostatniej swojej płycie, VADER włączył do koncertowego repertuaru utwór „Necropolis” - bo polski tekst i fani mogą sobie pośpiewać. Owszem, to się sprawdza – ale ten liryk jest tak infantylny i prostacki, że słuchając go na żywo czułem się jak na koncercie Michała Wiśniewskiego, w czasach gdy nosił jeszcze czerwone włosy.
Na nowej płycie RAGEHAMMER też jest jeden autorski utwór po polsku. I to jest Panie i Panowie materiał na prawdziwy koncertowy hit! Ja na pewno będę stał w pierwszym rzędzie pod barierkami i darł się: „Ja jestem twoją wojną, zarazą, głodem i śmiercią, Ja jestem twoim wrogiem i idę po ciebie, ty ścierwo!”, bo to jest moment totalny i nie nadaje się na zwieńczenie imprezy dożynkowej we wsi pod Radomiem.

Bardzo podobało mi się demo „War Hawks”, którym RAGEHAMMER zadebiutowali przed czterema laty. Po ich pełnej płycie spodziewałem się wiele dobrego i zarówno pojedyncze utwory, jak i premierowy odsłuch albumu udostępnionego przez Pagan Records w pełni te moje wysokie oczekiwania spełnił. Przyznam jednak, że wkładając CD do odtwarzacza wciąż jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że mam do czynienia z płytą aż tak dobrą. Po kilkunastu przesłuchaniach nie mam już wątpliwości, że to jeden z najlepszych tegorocznych albumów. Nie mam wątpliwości, że to krążek, który pozostanie ze mną na dłużej i złotymi zgłoskami wpisze się w historię naszej rodzimej metalowej sceny.








2 komentarze:

  1. W końcu znalazłem czas żeby przesłuchać! I powiem, że muzyka bardzo miło mnie zaskoczyła! Jest MOC! Z pewnością zawita w odtwarzaczu jeszcze nie raz!

    OdpowiedzUsuń
  2. Słucham tej płyty od roku i nijak się nie znudziła. Powiem nawet, że wolałem jakiś "surowy miks" gdzieś po drodze od ostatecznej wersji, bo był jeszcze bardziej dosadny. :) Ale ja nijak nie jestem obiektywny i dobrze mi z tym.

    OdpowiedzUsuń