piątek, 13 maja 2016

SADIST: Techniczna rozwałka z finałem w łzach

SADIST zespół założony w 1990 roku, mający na koncie siedem studyjnych albumów. Oryginalny, nieszablonowy, mający indywidualny styl i swój pomysł na muzykę. Nie odcinają kuponów od czasów świetności, w ubiegłym roku wydali album „Hyaena”, który jest bodaj najlepszą płytą w ich dyskografii. W Metal Hammerze ostatni krążek Włochów uznano za płytą miesiąca. Wczoraj po raz kolejny zagrali w Warszawie. Pod sceną trzydzieści osób. Witajcie w Polsce!

Gdy bilet na koncert kosztuje 20 złotych to musi był jakieś ,ale... Albo słaby klub, albo koszmarne supporty. Co do klubu to nie miałem obaw – bywałem w Harendzie kilkakrotnie i za każdym razem bawiłem się świetnie, nawet jeśli frekwencja nie powalała.
Zwykle nie odpuszczam zespołów rozgrzewających, bo z doświadczenia wiem, że czasami potrafią sprawić niespodzianki. Tym razem tak nie było – spóźniłem się, ale najpierw koszmarnie wynudził mnie niejaki Jack Crusher, a później w niemałą konsternację wprowadził Thy Disease.

Thy Disease bawili się w chuj dobrze!


Nazwę tych drugich kojarzyłem, ale bardziej z nazwy niż z muzyki. Sądziłem, że to w miarę popularny zespół, choć poruszający się w rejonach, które dla mnie są równie obce jak środowisko harleyowców dla mojej babci. Okazało się, że jednak nie są popularni. Gdy wyszli na scenę, mało kogo to zainteresowało, dosłownie kilka pojedynczych osób ruszyło tyłki z krzeseł i podeszło bliżej. Gdyby w Harendzie podawali kotlety, z pewnością mógłbym stwierdzić, że Thy Disease grali do kotleta. Muzycznie to zupełnie nie moja bajka – połączenie quasi death metalu z quasi elektroniką, które zaserwowali przyprawiło mnie o mdłości, a gdybym jadł kotleta to z pewnością stanąłby mi w gardle. Z ich muzyki miejscami pobrzmiewała też Meshuggah, ale porównywanie ich do Szwedów byłoby równie na miejscu, co porównanie koksa z prowincjonalnej siłowni do zawodników startujących Mr. Universum. No ale dobra, nie będę już wyżywał się na chłopakach – wiadomo, że opinie są jak dziury w dupie i każdy ma swoją. To co mi się nie podoba może podobać się tysiącom innych fanów metalu, którzy tego dnia to Harendy po prostu nie przyszli. Ale jedna dziewczyna przyjechała z Bydgoszczy! Poważnie. Specjalnie na koncert Thy Disease, bo na początku występu Sadist opuściła klub.
- Jak się podobało? - zapytała siedzącą obok mnie kobietę, w dojrzałym wieku, która często spotykam na koncertach.
- Nie porwali – odpowiedziała grzecznie i kurtuazyjnie, bo widziałem, że wcześniej chwytała się za uszy, a grymas jej twarzy przypominał Wallace'a, który w filmie Pulp Fiction zapytany przez Butcha czy wszystko ok.? Odrzekł: „Nie. Kurewsko daleko od ok.”
- Mówiąc eufemistycznie – wtrąciłem się do rozmowy.
- Brzmienie było nie za dobre – przyznała dziewczyna.
- Myślę, że brzmienie jest najmniejszym problemem tego zespołu.
No i wtedy wyznała, że przyjechała na nich aż z Bydgoszczy, co było dla mnie jednym z największych absurdów jakie w życiu słyszałem, i że to jej znajomi, co w oczywisty sposób ów absurd usprawiedliwiało. Ostatecznie stwierdziliśmy pojednawczo, że nie wszystkim musi się podobać to samo (czyż to nie filozoficzne?).
W występie Thy Disease było jednak coś co mnie ujęło. Trzeba mieć jaja jak arbuzy, żeby po tylu latach i tylu nagranych płytach grać dla prawie pustej sali i czerpać z tego taką radość jakby wyprzedało się Stadion Narodowy. Konferansjerka wokalisty krakowskiej formacji kładła mnie na kolana. Gdybym jadł kotleta, to z pewnością zadławiłbym się nim ze śmiechu.
- Mam nadzieję, że się kurwa dobrze bawicie, bo my kurwa bawimy się w chuj dobrze jego mać! - krzyczał wokalista, a jego głos odbijał się od ścian. - Teraz jest czas by robić: „hej!” „hej!” „hej!” (tu zaczął machać ręką), ale jest czwartek wieczór więc nie będę was męczył, bo nie macie siły – po czym znów zaczął krzyczeć „hej!” „hej!” „hej!” i machać ręką. Nie spojrzałem czy dziewczyna z Bydgoszczy tej krzyczała i machała ręką.
- Dziękówa, że tu jesteście!
Ten facet to urodzony wodzirej, zamiast marnować się na koncertach dla nikogo, powinien rozgrzewać gości na weselnych przyjęciach, albo prowadzić dożynki.

Porywający koncert ze smutnym finałem

No i wreszcie wyszli Włosi z Sadist. Pod sceną zrobiło się... tłoczno? No nie. Powiedzmy, że w klubie było maksymalnie 40 osób, z których znakomita większość przed gośćmi z Włoch kurtuazyjnie wstała.
Na początku koncertu brzmienie nie było najlepsze, ale z każdą upływającą minutą krzepło, nabierało potęgi i stawało się coraz bardziej przestrzenne i selektywne. A przy muzyce Sadist nie jest to łatwe, bo zagęszczenie niektórych partii instrumentalnych może doprowadzić dźwiękowca na skraj wytrzymałości nerwowej.
Włosi nie zawiedli, zagrali wyśmienity koncert, który imponował nie tylko muzycznie, ale i wizualnie.
Tommy Talamanca, gitarzysta grający jednocześnie na klawiszach był jak Kali – ośmioramienna hinduska bogini czasu i śmierci. Porażał żywiołem i wirtuozerią.
Andy Marchini grał na swoim basie tak ekspresyjnie jakby nie trzymał w ręku gitary, tylko wyrywającego się krokodyla, którego próbował spętać niewidzialnym sznurkiem.
Alessio Spallarossa wyczyniał na perkusji takie rzeczy jakby nie grał ale bawił się łechtaczką podczas seksu tantrycznego. Ja na dodatek czułem się jakby to była moja łechataczka! Mistrzostwo świata!
No i do tego gabarytowo górujący nad wszystkimi Trevor Nadir. Nie jestem oddanym fanem jego wokali, ale nie sposób nie docenić, ani jego scenicznej charyzmy, ani tego co zrobił na ostatniej płycie „Hyaena”.
Zresztą ten ostatni krążek jest chyba najlepszą płytą w ich dyskografii – bo jeśli nawet najwyżej cenią debiut to raczej głównie ze względów sentymentalnych. Włosi tak się ze swoim występem rozbrykali, że ludzie po prostu zaczęli szaleć. W szczytowych momentach w młynie pod sceną brało udział nawet kilkanaście osób – można więc śmiało powiedzieć, że połowa ludzi się bawiła. Wskażcie inny koncert, na którym procentowo aż tyle osób się bawi! Oczywiście chodzi mi tylko o publiczność, bo gdyby wliczać też muzyków, to wtedy wiadomo, że w takim procentowym ujęciu Thy Disease są bezkonkurencyjni – nawet bez wsparcia Bydgoszczy.
Muzyka Sadist jest dość pogmatwana i wymagająca. Wcale się nie dziwię, że ich popularność jest umiarkowana – choć z drugiej strony przecież właśnie taka muzyka powinna zamykać usta tym, którzy narzekają na odtwórczość i skostniałość muzyki metalowej. Taki materiał niezwykle trudno jest obronić na żywo, ale moim zdaniem Sadist się ta sztuka udaje. Oni na koncertach (widziałem ich po raz drugi) udowadniają , że nie lepią tych swoich utworów w studiu metodą „kopiuj” „wklej”, ale naprawdę grają i są zespołem z krwi i kości, który ma do przekazania określone emocje, a nie tylko pragnie wprowadzić słuchaczy w zdumienie swą nieszablonowością i techniczną doskonałością. Należy dodać, że ich muzyka przy całej swej złożoności aranżacyjnej nie przestaje porywać i właśnie na żywo w pełni można było się o tym przekonać.

Ludzie więc szaleli, a po scenie walała się czyjaś termoizolacyjna torba foliowa. Miałem jednak wrażenie, że znakomita część bawiących się osób jest tak sponiewierana alkoholem, że chyba nie do końca zdaje sobie sprawę z tego gdzie jest i co robi. W pewnym momencie mój znajomy (znany szerzej Krulem) wyrżnął na schodach przy scenie z takim impetem, że myślałem, że już nie wstanie. Atmosfera była tak doskonała, że nim się obejrzałem Sadist już schodzili ze sceny. Głośne skandowanie „Sadist!” „Sadist” spowodowało jednak, że Włosi musieli poczuć się jak Queen na Wembley w 1986 roku (zresztą podobną pozę na zakończenie przyjęli).
Niestety publika rozbierana zarówno alkoholem jak i muzycznymi emocjami zaczęła coraz bardziej napierać na scenę. Już wcześniej parę razy zsuwał się głośnik, a kilku zawodników lądowało niemal pod nogami grających. Podczas bisu doszło do tragedii. Najpierw ktoś zrzucił klawisze ze stojaka, a później ze sceny spadły odsłuchy. Przerażony zespół przerwał utwór w połowie i ratował się ucieczką...
Jeden z najlepszych i najbardziej niezapomnianych tegorocznych koncertów.
Sadist! Dziękówa, że przyjechaliście! Bawimy się w chuj dobrze jego mać!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz