sobota, 14 maja 2016

TWILIGHT'S EMBRACE: Czterogodzinny aerobik dla starszych panów

Po zaskakująco dobrym ubiegłorocznym „The Grim Muse”, w tym roku In Twilight's Embrace powrócili niespełna piętnastominutowym MCD. Nie ma żadnej wolty stylistycznej – poznaniacy wciąż grają najlepszy melodyjny szwedzki death metal na polskiej ziemi. Death metal, który emanuje nie tylko melodią, ale i black metalowym jadem wypluwanym z czeluści piekła i chłodzonym skandynawskim mrozem. W programie płytki oprócz dwóch autorskich kompozycji mamy niezwykle udany cover "Opowieść zimowa" oryginalnie wykonywany przez Armię


Gdy przy okazji ostatniego długograja In Twilight's Embrace dowiedziałem się, że zespół porusza się w stylistyce melodyjnego death/black metalu, bliskiemu szwedzkiej sceny, to początkowo postanowiłem sobie ten album odpuścić. Po pierwsze dlatego, że to nie jest są moje ulubione rejony muzyczne, po drugie uważałem, że takie granie zostało wyeksploatowane mocniej niż buty niemieckiej piechoty w 1941 roku, gdy podążała w stronę Moskwy. Oczywiście byłem w błędzie – płyta okazała się doskonała, świeża, kunsztownie zaaranżowana i brawuro zagrana. Nie będę się powtarzał – chętni mogę sobie znaleźć to, co pisałem nieco ponad pół roku na temat „The Grim Muse”.

W stronę światła

W grudniu ubiegłego roku zobaczyłem ich na żywo. Grali we Wrocławiu przed Pungent Stench i Dead Congregation i wypadli lepiej niż dobrze. Takiego profesjonalizmu, zaangażowania i poważnego podejścia do tematu się nie spodziewałem – mimo udanej płyty.
Na tegoroczne MCD In Twilight's Embrace czekałem z niecierpliwością, a cover Armii, który przesłuchałem na Youtube w pełni mnie utwierdził, że jest na co czekać. I znów się powtórzę. Zaczęło się od tego, że przeczytałem na VIOLENCE ONLINE opinię, że ten cover zupełnie In Twilight's Embrace nie wyszedł - bo Armia to nadzieja, nostalgia, zaduma i wędrówka w stronę światła, a tu złość, agresja i rozczarowanie.
Nie zgodzę się - chłopaki nie dość, że pokusili się o cover naprawdę ambitnego utworu, to zdecydowanie wyszli z tej konfrontacji obronną ręką. Bo przecież sens coveru nie polega na naśladownictwie i kopiowaniu - ta sztuka przypomina raczej pracę tłumacza, który przekłada dzieło na inny język.
Ja w tej wersji nie słyszę rezygnacji - złość i agresję owszem, ale wynikającą z determinacji i siły a nie ze słabości. Tu również mamy wędrówkę w stronę światła z tą różnicą, że ono nie jest statyczne lecz ruchome. To światło ktoś niesie, a In Twilight's Embrace podążają za niosącym światło.
Piękny utwór i w oryginalne i w tej interpretacji.

Solidnie, ale bez zaskoczenia

I tak od dupy strony (bo cover jest na końcu) nagryzłem MCD „Trembling”. Co jeszcze mamy? Jak na MCD przystało – tylko dwa dodatkowe utwory.
„Laughing Stock, a Burning Stake” z przeszywająco zimnym początkiem, przywodzącym na myśl norweskie klimaty z połowy lat dziewięćdziesiątych, z lekko klimatycznym zwolnieniem, fajnymi melodyjnymi gitarami i świetnymi wokalizami. Ta jadowita, black metalowa maniera wokalna idealnie mi pasuje i doskonale koresponduje z muzyką. Przyjemny utwór, choć nie przynosi większego zaskoczenia.
„Into the Mouth of Madness” rozpoczyna się niezwykle chwytliwym i obłąkańczo przebojowym riffem, którego nie powstydziłoby się Edge Of Sanity na płycie „Purgatory Afterglow”. Utwór fajnie się rozwija, a gdy wokale wchodzą na wyższe krzyczane rejestry na myśl przychodzi mi wspomnienie At The Gates z okresu „With Fear I Kiss the Burning Darkness”.
No i na koniec wyżej wspomniany cover – dla mnie najjaśniejszy punkt tego wydanictwa. O dobrym brzmieniu i eleganckim wydaniu nie będę już się rozwodził bo zarówno Left Hand Sounds jak i Arachnophobia Records zdążyły mnie przyzwyczaić do wysokich standardów.

Dokąd dalej?

Podsumowując – nie wyobrażam sobie by kogokolwiek, kto lubi „The Grim Muse” tegoroczne MCD mogło rozczarować. Nie ma mowy! Nasuwa się jednak pytanie: co dalej? I tu znów włącza się mój sceptycyzm bo formuła stylistyczna, w której porusza się zespół wydaje mi się na na tyle doprowadzona do perfekcji, że nie wyobrażam sobie postępu. Z drugiej strony, czy będzie mi się chciało słuchać „The Grim Muse part 2”? Raczej wątpię, bo gdy zniknie efekt świeżości łatwo może pojawić się uczucie znużenia. No ale nie wybiegając w przyszłość, dziś należy cieszyć się świetnym i ze względu na swoją długość, pozostawiającym niedosyt „Trembling”. Słuchałem dziś tego materiału chyba ze cztery godziny i co niespełna kwadrans odwracając się do wieży by ponownie nacisnąć „play” zafundowałem sobie taki aerobik, że Chodakowska byłaby ze mnie dumna. Mam nadzieję, że nie dostaną przez to końskiej twarzy.

3 komentarze:

  1. Tej, no nie masz w wieży 'riplej'? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niesety nie mam, albo nie wiem gdzie jest.
      http://www.denon.co.uk/uk/product/hifi/cdplayers/dcd710ae

      Usuń
  2. Tej, no nie masz w wieży 'riplej'? :)

    OdpowiedzUsuń