środa, 29 czerwca 2016

SEPUKULTURA: Samba po brazylisku

„Schizophrenia” podbiła moje młodociane serce i przez kolejne ćwierć wieku stała się wierną towarzyszką życia. Na „Beneath the Remains” poszli o krok dalej, a na „Arise” osiągnęli apogeum thrash metalowego grania. Jednak to „Schizophrenia” pozostanie dla mnie płytą szczególną – dziką, drapieżną, nieskalaną światowym trendami i amerykańskim brzmieniem. Kocham ten album za tę specyficzną egzotykę i wyjątkowość, za coś co – jak się później okazało, było immanentną cechę brazylijskiej sceny metalowej drugiej połowy lat osiemdziesiątych.


- A o zespole Sepukultura słyszałeś? - zapytał kumpel zrzucają mi z drzewa dużą żółciutką papierówkę. Schwyciłem jabłko w locie, ugryzłem i rozciągnąłem się na trawie. Był sam środek lata, właśnie zrobiliśmy sobie przerwę w meczu i tradycyjnie piliśmy wodę z kranu, który znajdował się na zewnątrz szkoły i objadaliśmy się jabłkami. Nasze przyszkolne boisko właściwie nie istniało – to był duży plac porośnięty trawą, którą sami musieliśmy kosić, a słupki od bramek robić z patyków.
- Sepukultura? Pierwsze słyszę! Co oni grają?
- Thrash, a właściwie to nawet death metal – odpowiedział kolega zeskakując z drzewa i siadając koło mnie. - Na koncertach są ponoć niesamowici. Mówi się, że to zespół na miarę Slayera.
- Poważnie? Są aż tak dobrzy? - zapytałem bez przekonania.
- To nowe pokolenie zespołów metalowych – odrzekł kumpel odganiając osę, która zaczęła niebezpiecznie blisko krążyć wokół jego jabłka. - Będą wielcy jak Metallica.
- To polski zespół?
- No coś ty, w Polsce nie ma aż tak dobrych zespołów. Oni są z Brazylii!
- Pierdolisz! Przecież w Brazylii nikt nie gra metalu. Tam tylko samba jest.
- Oni są z Brazylii – powtórzył kolega, przestając jeść jabłko i wpatrując w pozostałych chłopaków, którzy zaczynali gromadzić się na boisku.
- Ale ich nazwa jakoś tak po polsku brzmi – zauważyłem.
- Sepukultura to pewnie po brazylijsku coś znaczy. Wiesz, jak „capoeira” - odpowiedział kolega.
- Przestańcie już pierdolić o tych mózgotrzepach! Gramy! - krzyknął z boiska jeden z kumpli.
Zerwaliśmy się na równe nogi.
- Są aż tak dobrzy jak Slayer? - nie mogłem uwierzyć.
- Są jeszcze lepsi. Sepukultura to genialny zespół. Niszczą wszystkich! W Stanach wszyscy oszaleli na ich punkcie.
- A śpiewają po angielsku czy po brazylijsku? - moja ciekawość została rozpalona do granic możliwości.
- Nie wiem – odparł kolega. - Nigdy ich nie słyszałem, ale opowiadał mi kolega, że jego kolega czytał gdzieś o nich. Albo ktoś czytał i mu mówił.

Jakoś mi tego dnia nie poszedł mecz. Piłka uciekała, ciężko było trafić do bramki, a próby dryblingów kończyły się stratą. Na domiar złego zjadłem za dużo jabłek, które popite kranówą wzburzyły mi się w żołądku i mecz skończyłem w pozycji narciarza w tej części boiska, na której nie wykosiliśmy wysokiej trawy.

Następnego dnia wyciągnąłem resztkę zaskórniaków, wsiadłem na rower i udałem się do pobliskiego miasteczka szukać kasety Sepukultury.
- Subkultura? Coś słyszałem o takim zespole, ale kasety nie mam – rozłożył ręce pierwszy zapytany sprzedawca.
- Sepukultura – poprawiłem zdegustowany. - Cholerni amatorzy, za grosz nie znają się na muzyce – pomyślałem i prowadząc rower zacząłem przeciskać się w kierunku dalszych straganów z płytami. Tfu! Kasetami! Jedyne płyty z jakimi wtedy miałem do czynienia, to płyty chodnikowe i to też rzadko, bo chodników w moich okolicach było niewiele. Stragany to też za dużo powiedziane. Kasety zwykle sprzedawano z kartonów zostawionych na składanych stolikach, albo łóżkach polowych. Na naszym bazarku było wszystko – od warzyw i ubrań, aż po środki czystości i części samochodowe. Skwar, kurz, smród, gwar i język polski raz po raz mieszający się z językiem rosyjskim. Na dodatek jakieś disco polo, które z każdym krokiem stawało się coraz głośniejsze, ale mimo że raniło uszy to zwiastowało, że zbliżam się do kolejnego stoiska.

- Ma pan jakąś kasetę Sepukultury? - zapytałem kolejnego sprzedawcę. Młody, szczupły w dżinsowych dekatyzowanych piramidach i w białych golfie z podwiniętymi rękawami. Trudno dziś w to uwierzyć ale do tego nosił brązowe sandały i białe skarpety.
- Sepultury! - poprawił mnie przytomnie, obnażając w uśmiechu, żółte krzywe zęby. Wyglądał jak koń, który właśnie je cukierka tofi.
Zawahałem się.
- Są lepsi niż Slayer! - wypaliłem jakby to miało przybliżyć obiekt mojego zainteresowania.
- Tak! Takie mózgotrzepy! Napierdalają tak, że mało mi głośniki z łóżek nie pospadały jak na chwilę włączyłem – odpowiedział sprzedawca i wyciągnął w moją stronę rękę z... różową kasetą. Różowa kaseta od dyskomuła w białym golfie. Wziąłem ją w dwa palce, jakby mi podano kawałek zużytego papieru toaletowego. Spojrzałem na okładkę - w obrzydliwym różu okienko, a w okienku koleś, który był podobny do małego plastikowego Indianina, którym kilka lat wcześniej bawiłem w piasku przed domem. W tle coś, co przypominało skrzyżowanie mapy z krowim plackiem. Nie byłem pewien czy to mapa Brazylli, skłonny byłem postawić na to drugie.
- Napierdalają? - upewniłem się.
Dyskomuł pokiwał głową.
- Możemy włączyć? - zapytałem. - Nie jestem pewien czy to zespół, o który mi chodzi.
- Nie ma mowy – odparł gość z krzywymi zębami.
Nerwowymi ruchami podciągnął jeszcze bardziej rękawy swojego białego golfa.
- Kupuj, albo spierdalaj! - zakomunikował, a swą propozycję poparł wyrazem twarzy będącym połączeniem uśmiechu z grymasem bólu. - Za chuja nie chcę tego usłyszeć ponownie! To najgorszy syf jaki w życiu słyszałem!

Czy potrzebowałem większej rekomendacji? Muzyka, która jest postrachem dyskomuła nie może był przecież zła. Odliczyłem żądaną kwotę, wsadziłem sobie kasetę do kieszeni i ruszyłem do domu. Przez całą drogę pędziłem z szybkością peletonu kolarskiego. Wpadłem na podwórko rzuciłem rower na ziemię i pognałem do pokoju rodziców by dokonać premierowego odsłuchu na magnetofonie mojego ojca, którego na szczęście akurat nie było w domu.
Wrzuciłem kasetę do decka, włączyłem radio, które robiło za wzmacniacz. Przewinąłem od początku. Dresiarz nie kłamał, rzeczywiście kilka obrotów taśmy przesłuchał. Podkręciłem głos, zatrzeszczały głośniki.

I usłyszałem dźwięk – chyba skrzypiec, jak mi się zdawało. Tak przerażający, że mimo upału poczułem na plecach zimny dreszcz. A później ten krzyk – najpierw gdzieś w oddali, zbliżający się z każdą setną sekundy, pełen ekspresji, gniewu i zwierzęcej siły. Krzyk, który sprawił, że włosy stanęły mi dęba, jakbym wsadził spocone paluchy do gniazdka elektrycznego. Byłem pewien, że ten gość krzyknął coś po brazylijsku.
I ta gitara! Ten absolutnie powalający riff, który zatrzymał mi pracę serca i sprawił, że krew przestała krążyć w żyłach. Uderzenia perkusji bez żadnej litości, bez żadnego kompromisu. Zwolnienie i jazda! Wokal apokaliptyczny, agresywny, ale pełen emocji, przejmujący i chwytający za gardło.

Cudowne przejścia, cudowne riffy, obłędna partia solowa i ten fenomenalny pogłos – choćby gdy Max krzyczy: „Distorted and wounded!” - oczywiście nie wiedziałem wtedy kto i co krzyczy, ale byłem pozamiatany. Nie słyszałem jeszcze kunsztu aranżacyjnego i wszystkich smaczków, które wychwytywałem podczas kolejnych dziesiątek i setek przesłuchań, ale potencjał tego krążka krzyczał i szarpał mnie tak mocno, że nie miałem wątpliwości, że Sepukultura tfu! Sepultura jest zespołem wielkim.
Gdy po „From the Past Comes the Storms” zabrzmiała cisza, to słyszałem tylko bicie swojego serca, które przypominało odgłos serca królika uciekającego przed wilkiem. A gdy zaczął się „To the Wall” to prawie popłakałem się ze szczęścia i miałem ochotę wsiąść na rower, wrócić na bazarek i uściskać sprzedawcę w białym golfie. Ten utwór był obezwładniający! Niewiarygodny pod każdym względem – riffów, solówek, wokali (ten szept) – wszystko było nieludzko brutalne, ale jednocześnie tak wyważone i kunsztownie poukładane, że szukając analogii rzeczywiście można było pomyśleć o Slayer. Choć Sepultura była inna – cięższa, potężniejsza – emanowała nie tylko agresją, ale jakimś takim południowoamerykańskim temperamentem, szamańskim transem i energią dzikich ludzi, którzy niby grają na instrumentach i latają samolotami, ale jakby trzeba było zamieszkać w dżungli i upolować tygrysa to bez trudu by sobie z tym poradzili.

„Schizophrenia” podbiła moje młodociane serce i przez kolejne ćwierć wieku stała się wierną towarzyszką życia. Na „Beneath the Remains” poszli o krok dalej, a na „Arise” osiągnęli chyba apogeum thrash metalowego grania. Jednak to „Schizophrenia” pozostanie dla mnie płytą szczególną – dziką, drapieżną, nieskalaną światowym trendami i amerykańskim brzmieniem. Kocham ten album za specyficzną egzotykę i wyjątkowość, za coś co – jak się później okazało, było immanentną cechę brazylijskiej sceny metalowej drugiej połowy lat osiemdziesiątych.

Wtedy naprawdę wyobrażałem sobie, że ten zespół tworzy kilku bosonogich obdartych dzikusów, którzy jakimś cudem zaczęli grać na instrumentach i przenosić cały swój gniew i z frustrację na muzykę. Wyobrażałem sobie, że bieda i ciężkie warunki życia tworzą równie sprzyjające środowisko do powstawania dobrej muzyki metalowej, jak do rozpowszechniania się chorób zakaźnych i robactwa. Przypominał mi się jakiś film dokumentalny o Pele i niemal widziałem tych biednych chłopaków jak robią sobie gitary z drzewa palmowego i struny z trzciny cukrowej.
Nie miałem pojęcia, że bracia Cavalera pochodzą z bogatej rodziny, która żyje w nieporównywalnie lepszych warunkach niż ja i moi rówieśnicy a Polsce Ludowej. Nie miałem pojęcia, że mój dostęp do muzyki jest śmieszny w porównaniu z możliwościami tych Brazylijczyków. Nie wiedziałem, że synowie dyplomaty i ambasadora z szerokimi kontaktami na całym świecie nie muszę wcale przechodzić drogi od pucybuta do milionera i w połączeniu z pracowitością, talentem i pomysłem na rozwój swojej muzyki (inna kwestia, że w pewnym momencie nie było mi z nim po drodze), wkrótce podbiją cały świat i staną się jedną z najważniejszych kapel metalowych na świecie, przyczyniając się do powstania nowego podgatunku, którego nigdy nie będę w stanie zaakceptować i pokochać. Ale to już na inną opowieść.

wtorek, 28 czerwca 2016

ZOLDIER NOIZ: Moja wielka nadzieja thrash metalu


Francuski ZOLDIER NOIZ jest jednym z moich ulubionych zespołów thrash metalowych młodego pokolenia. Poznałem ich mniej więcej z tym czasie co kanadyjski VEKTOR i choć oba zespoły łączyły nawiązania do VOIVOD to Francuzi tej konfrontacji wychodzili zwycięsko. VEKTOR miał większe odjazdy progresywne, ZOLDIER NOIZ był bardziej dziki, wulgarny i obskurny – nawiązując wprost do surowego i jednocześnie na swój sposób wyrafinowanego „War and pain”, czy chamstwa i nieokrzesania nieodżałowanego CARNIVORE. Do tego szczypta rock and rollowego fellingu Motorhead i ekspresji GG Alina



Debiutancką płytę „Schizoid Reject” Francuzi nagrali w 2009 roku, a więc w tym samym czasie co VEKTOR debiutancką „Black Future”. Obie płyty mi się spodobały, ale o ile w debiucie VEKTOR czegoś mi brakowało, bo wydawała mi się zbyt wykalkulowana, tak „Schizoid Reject” pokochałem całym sercem i zacząłem poszukiwać tego materiału na fizycznym nośniku. Nie było łatwo, bo u nas w dystrybucji nikt nie miał. Ostatecznie nawiązałem kontakt z samym zespołem – wysłałem kasę za pięć egzemplarzy albumu, ale niestety nigdy nie zobaczyłem już ani płyt ani pieniędzy. Po jakimś czasie udało mi się ten krążek zakupić na winylu – i wracając dziś do niego, utwierdzam się w przekonaniu, że „Schizoid Reject” jak mało który thrash metalowy album, wydany w ciągu ostatnich dwudziestu lat, na ten szlachetny nośnik zasługuje.
Udało mi się zdobyć też drugi album ZOLDIER NOIZ z roku 2014. Płyta chyba jeszcze lepsza niż debiut, choć stylistycznie chyba mocniej osadzona w klasycznej thrash metalowej chłoście. Nie ma jednak wtórności i uczucia deja-vu - Francuzi zachowali świeżość i witalność, radość grania i absolutnie powalające brzmienie.
Słuchając i ciesząc się tegoroczną płytą VEKTOR, która jest lepsza od ich poprzedniej płyty, a ta z kolei przewyższa debiut – z zaciśniętymi pośladami czekam na odpowiedź ZOLDIER NOIZ. Te zespoły w tej chwili poruszają się w zgoła odmiennej stylistyce, ale voivodowskie korzenie i okoliczności ich poznania powodują, że podświadomie je ze sobą zestawiam. ZOLDIER NOIZ nagrał debiut lepszy niż VEKTOR – jego następca bardziej przypadł mi do gustu niż dwójka Amerykanów. Wierzę, że trzeci album Francuzów będzie trzęsieniem ziemi – choć bez dystrybucji i wsparcia dużej wytwórni pewnie nigdy nie będzie o nim głośno i nie stanie się albumem miesiąca w Metal Hammerze. Choć, cholera wie – Rafał Monastyrski potrafi dokonać rzeczy zadziwiających, więc ręki uciąć bym sobie nie dał.
Zwróćcie uwagę na ZOLDIER NOIZ – niekoniecznie przez pryzmat wspomnianego VEKTOR. To jest thrash metal najwyższych lotów – wspaniałe, surowe, porywające granie, bez odgrzewania kotletów i odwoływania się do sentymentów za minionymi czasami.

ZOLDIER NOIZ jest oldskullowy w wymowie, ale w duchu młody, świeży i wręcz obezwładniająco porywający. Obie ich płyty zdecydowanie warte uwagi – a gdybym był szefem jakiegoś Nuclear Blast czy Earache Records, to pośpiesznie podpisałbym z nimi kontrakt i zrobił z nich thrash metalową gwiazdę największego formatu.

Niestety patrząc na marketingowe poczynania tej kapeli mam wrażenie, że wkrótce się rozpadną, świat o nich zapomni i dołączą do sporego grona utalentowanych i zapomnianych zespołów, które potencjałem zdecydowanie przewyższały tych, którym się udało. Dla leniwych wrzucam link to zupełnie przypadkowo znalezionego utworu - polecam jednak przesłuchanie całych płyt, które zabiorą Was w thrash metalową jazdę przez trzymanki, o której większości współczesnych zespołów się nawet nie śniło.


poniedziałek, 27 czerwca 2016

SARCOFAGO - bogowie bluźnierczej ekstremy

Debiut SARCOFAGO to jeden z najbardziej ekstremalnych albumów w dziejach muzyki metalowej. W przyszłym roku miną trzydzieści lat od chwili premiery tego krążka, a on wciąż brzmi dziko, ekstremalnie i diabelsko


„INRI” to zło, dzicz i opętanie – nie wiem czy przed Sarcofago jakikolwiek zespół był tak dosadnie bluźnierczy. Ekstremalność Kreator i Sodom wydaje się bardziej komiksowa, a Bathory staranniej wyreżyserowany i pieczołowiciej wykreowany. W przypadku Sarcofago wydaje się, że ten młodzieńcy bunt był szczery, spontaniczny – bez dystansu i porozumiewawczego mrugnięcia okiem.

Na „INRI” słychać to co jest immanentną cechą większości najbardziej ekstremalnych zespołów metalowych. To punk! Ostatnio dyskutowałem ze znajomym, starym metalowcem, który zwierzył mi się, że nie znosi punka. Jak można nie znosić punka, a kochać wczesne Bathory, czy choćby Sarcofago? Jak widać można.
Dla mnie ten szaleńczy i ekstremalny sznyt muzyka metalowa zyskała dopiero w połączeniu z punkową prostotą i wulgarnością. Słychać to praktycznie na wszystkich ekstremalnych metalowych płytach, z których narodziły się takie gatunki jak death czy black metal.
Ale wróćmy od „INRI”. Dziewięć hymnów ku chwale ciemności, dziewięć gwałtownych ejakulacji szatana, na skutek których doszło do zapłodnienia tysięcy zespołów na całym świecie, które po dziś dzień wydają na świat swoje plugawe potomstwo. Niespełna pół godziny piekła na ziemi – czysty ogień, który z głośnym trzaskiem pochłaniał wszystkie świętości, a wartości przekazywane tym młodym ludziom przez społeczeństwo, w którym byli wychowywani - w garść szarego popiołu. Nie wiadomo ile w tym było refleksji i świadomego buntu, a ile szczeniackiej rebelii i głupoty. Nie wnikam, bo liczy się tylko muzyczny efekt – a ten jest porażający i tylko mogę się domyślać jakie wrażenie „INRI” mogło zrobić na słuchaczach w 1987 roku.

„Satanic Lust” rozpoczyna się prostym miażdżącym riffem przechodzącym w niemal punkową galopadę. Wokale złowieszcze, początkowo przytłumione, później bardziej zdecydowane, wysuwające się na pierwszy plan. Brzmienie obskurne, brudne, ale jednocześnie selektywne i wyraziste. Tekstowo – bezpośrednio, chamsko, bluźnierczo i dosadnie.
„Desecration of Virgin” sączy się jak trucizna, jest punkowa motoryka, ale jest też swoista black metalowa melodyka i absulutnie szalony wokalizy, jakby Wagner wyrzucał z siebie nie słowa ale jad, a później się tym jadem dławił i wymiotował. Absolutnie piękne obrzydlistwo.
Początek „Nightmare” buduje diaboliczny klimat, a później na zmianę mamy przyśpieszenia, perkusyjny ostrzał i bezwzględnie szybkie niszczące granie z pancernym zwolnieniem i selektywnym riffem, przy którym miękną kolana. Najdłuższy i jeden z najlepszych utworów na płycie.
Tytułowy I.N.R.I. kończy stronę „B” wydania winylowego. Szybki, brutalny, totalny. Riff w tym utworze jest tak napastliwy, a wokalizy ekstremalne na miarę warstwy lirycznej, którą za sobą niosą.

„Christ's Death” ma w sobie coś co w przyszłości będzie nazywane war metalem – intensywność, gęstość i ekstremalność. Świetne są też partie wokalne, które w pewnym momencie z diabelskiego krzyku przechodzą w bardziej ludzkie wrzaski, a nawet wchodzą na heavy metalowe górne rejestry. Pięknie ten utwór na końcu zwalnia, a chóralne rytualne wrzaski przypominają jakiś szalony sabat czarownic.
„Satanas” znów poraża gęstością i maniakalnym, uporczywem riffem, w który wplata się złowieszcza partia gitary solowej brzmiąca jak coś pośredniego pomiędzy złowrogim powiewem wiatru, a diabolicznym śmiechem.
„Ready to Fuck” nadchodzi jakby z oddali – jest jak trąba powietrzna, którą zwiastuje drżenie ziemi, później widzimy ją na horyzoncie, a po chwili wciąga w swój mroczny wir wszystko co napotyka na swojej drodze. Zwarta motoryka, lekko zbasowane brzmienie – jest na „INRI” coś unikalnego i niepowtarzalnego, jakaś pierwotna dzikość i nieokiełznana zła energia, które są właściwe tylko dla brazylijskiej sceny.
„Deathrash” rozpoczyna się wulgarnym i agresywnym rozpasaniem, w które wchodzą partie wokalne przywodzące na myśl jakąś czarną mszę, podczas której przywoływane są diabelskie moce. Gitary wyją i świszczą, riffy chłoszczą, a Wagner wyrzyguje z siebie słowa z taką pasją, że włosy jeżą się na głowie.
I na koniec „The Last Slaughter” – bezwzględny, napastliwy intensywny z sekundą wyciszenia w środku i wyrazistą, bardziej przestrzenną partią gitarową, na której tle Wagner odprawia swe diabelskie modły i obłąkańcze zaklęcia. Przepiękny utwór – bez wątpienia jeden z dziewięciu najlepszych na tej płycie. 

"INRI" to prawdziwy klasyk - jedna z najważniejszych płyt nie tylko brazylijskiej sceny. To jeden z tych albumów, który w czasie swojej premiery przesunął granicę ekstremy w muzyce metalowej - nie tylko za sprawą samej muzyki (bo różnie rozumiejąc ekstremę, można by się zastanawiać czy choćby Sepultura nie była bardziej ekstremalna), ale także wizerunku i tematyki tekstów. 



piątek, 24 czerwca 2016

DESTRUCTION: Fabryka thrashu

Czy można nagrać płytę, której nic nie można zarzucić, ale jednocześnie nie da się o niej powiedzieć niczego dobrego? Tak. Niemiecki Destruction specjalizuje się w tym od lat – w tym roku nagrał kolejny album, który niby mi się podoba, ale nie na tyle by mi się go chciało słuchać


Sodom, Kreator, Destuction – wielka trójka niemieckiego thrash metalu. Tak było kiedyś. Mówcie co chcecie, ale dla mnie to już nie obowiązuje kilkunastu lat. Z tej trójki tylko Sodom wciąż trzyma poziom – Kreator rozmiękczył się chwytliwą, szwedzką melodyką, a Destruction? Oni chyba kupili sobie jakąś maszynę do produkowania płyt i kolejne albumy kręcą niczym watę cukrową na drewnianym patyku. Niby dobra ta wata, zwarta, słodka, pachnąca, ale gdy już ją kończymy czujemy lekkie mdłości, a gdy patyk jest już pusty zdecydowanie nie mamy ochoty na następną. Kto jest dziś w tej trójce niemieckiego thrash metalu? Gdybym miał oceniać patrząc przez pryzmat 2016 roku to chyba wskazałbym na Protector, Exumer i Accuser. Patrząc z dłuższej perspektywy czasowej wyróżniłbym Sodom i … Tankard. Tak, tych piwożłopów nikt nie traktował poważnie – tymczasem oni rzucili browary, przestali jeść słodyczy i w ostatnich latach wyrośli na prawdziwego thrash metalowego potwora.
Ale wróćmy do Destruction i ich aktualnej formy. Ostatnią ich płytą, którą się mocno podniecałem była „The Antichrist”. Po niej miałem wrażenie, że każdy kolejny krążek Niemców był jak odlany z tej samej formy. To dobra forma, fajne riffy, niezłe brzmienie, porządne wokalizy. Ale jednak forma – muzyka pozbawiona spontaniczności, polotu i jakiejś takiej szczypty nieprzewidywalności.
Nie inaczej jest z tegorocznym albumum DESTRUCTION - „Under Attack”. Gdy włączyłem tą płytę po raz pierwszy to początkowo wydawała mi się całkiem przyjemna, ale im dłużej trwała tym bardziej spadało jej napięcie, a pod koniec zacząłem ziewać i nerwowo patrzeć na wyświetlacz odtwarzacza czy przez przypadek nie włączył mi się przycisk powtarzania płyty.
Niemcy grają ten swój oldschoolowy thrash metal, ale ja mam wrażenie, że w tej muzyce jest jakaś sztuczność. Niby wszystko się zgadza i słychać, że ci faceci wiedzą jak posługiwać się swoimi instrumentami ale jednak nie iskrzy, nie kręci i nie zachwyca. O ile każdy z utworów rozpatrywany oddzielnie, od biedy się broni – tak płyta jako całość zionie taką nudą, że po kilku odsłuchach prawie poczułem, jak siwieją mi włosy na klatce piersiowej. Nawet te wokalizy Schmiera – niby szorstkie i agresywne – po kilku utworach robią się zupełnie bezbarwne i nieprzekonujące. „Under Attack” jest więc płytą, która atrakcyjne składniki łączy w średnio zjadliwą potrawę i to nie dlatego, że one do siebie nie pasują, ani nawet nie dlatego, że połączono je w złych proporcjach. Ja w tej muzyce po prostu nie czuję szczerej pasji i prawdziwego zaangażowania, które by mi się udzielało jako słuchaczowi. Jest tu sporo chwytliwych riffów, ale żaden z nich nie powoduje szybszego bicia serca i skoku adrenaliny. Bywa też, że zespół miota się w aranżacjach zupełnie bez dźwięku i polotu – choćby w takim „Getting Used To The Evil” gdzie zwolnienia są tak niezgrabne, a zwroty akcji tak koślawe, że trudno powstrzymać się przed przeskoczeniem na następny kawałek. Co z tego, że gdzieś tam przenika wyraziste riffowanie i niezła partia solowa skoro całość prezentuje się jako niespójny thrash metalowy kloc z oklepanymi motywami.
W wersji digi – gdy już nam udaje się przebrnąć przez dziesięcioutworowy program płyty dostajemy w nagrodę cover Venom - „Black Metal” z gościnnym udziałem Alexa z Krisiun. Ten utwór w oryginale jest tak świetny, że zarżnąć go byłoby nie lada wyczynem. Destruction dali radę z podwójną mocą – zarżnęli nie tylko ducha oryginału, ale także biednego Alexa, który zabrzmiał wręcz groteskowo. A gdy pod koniec drugiej minuty krzyczą na zmianę z Schmierem – to tworzy się taki klimat jakby Dani Filth występował gościnnie w „Ulicy sezamkowej”. Na zakończenie mamy średnio emocjonujący instrumentalny „patataj” … „...i koniec ścieżki zdrowia” – jak to powiedział Romek w księdze XII Tytusa, gdy A'tomek pokonując ostatnią przeszkodę wpadł w błoto. - „Uciekajmy bo zastępowy nam „podziękuje””.
Od kilku płyt Destruction powtarzam sobie, że następnej już nie kupię. To samo pomyślałem po zapoznaniu się z „Under Attack”. Jednak jak znam życie to minie kilka lat i przy okazji kolejnego albumu ciekawość znów zwycięży...



wtorek, 21 czerwca 2016

The True KOMBI

Nie byłem nigdy fanem KOMBI, ale oczywiście wiele ich utworów kojarzę jeszcze z czasów dzieciństwa (no dobra, lubię funkujące "Bez ograniczeń" - ale to pewnie za sprawą programu 5-10-15). Gdy pracowałem już jako reporter parę razy fotografowałem ich koncerty. Przynajmniej tak mi się zdawało, zanim przeczytałem wywiad rzekę ze Sławomirem Łosowskim - "Słodkiego miłego życia - prawdziwa historia", wydany przez In Rock. Okazało się bowiem, że byłem w błędzie – fotografowałem KOMBII a nie KOMBI. Dziś istnieją dwa zespoły jednocześnie – coś jak „KAT” i „KAT z Romanem”. Tyle, że w przypadku KOMBII pojechano bo bandzie i zamiast „KOMBII z Grzegorzem” mamy po prostu w nazwie jedno „i” więcej...


- Cóż się stało? - zapytał zaniepokojony burmistrz jednego z podwarszawskiego miasteczek, do którego zespół przyjechał z prawie dwugodzinnym opóźnieniem. Skawiński wydął pogardliwe usta i spojrzał na samorządowca jak na ptasie gówno, które właśnie zderzyło się z przednią szybą samochodu wyjeżdżającego z myjni. 
- Proszę rozmawiać z menadżerem - odparł prawie unosząc się nad ziemią. - Ja jestem artystą! - podkreślił z dumą i myślałem, że zaraz będziemy musieli wszyscy uklęknąć i ucałować go w sygnet. To było moje pierwsze spotkanie ze Skawińskim, który nie zrobił na mnie najlepszego wrażenia. Ilekroć słyszę, że ktoś sam o sobie mówi, że "jest artystą" zapala mi się czerwona lampka. Ale niewykluczone, że dzieje się tak dlatego, że sam artystą nie jestem i nigdy nie wzniosę się na poziom pozwalający w pełni zrozumieć artystyczną duszę. Nawet rozumiem, że sprawy organizacyjne czy czasowe nie mogę tej duszy niepokoić, ale zwykła ludzka serdeczność i trochę pokory z pewnością narrację artystyczną zbliżyłoby do szarej masy przyziemnego proletariatu, który stał pod sceną i czekał na kultowe KOMBI. Nie! Wróć! KOMBII. 

Hartujac oryginalność i styl

Gdy na wstępie przeczytałem, że książka powstała by zdementować nieprawdziwe informacje na temat KOMBI poczułem lekkie zaniepokojenie, bojąc się, że Sławomir Łosowski będzie w niej głównie rozdrapywał rany poniesione po podziale zespołu i wylewał frustracje spowodowane tym, że „KOMBII z Grzegorzem” budzi większe zainteresowanie niż „The True KOMBI”. Oczywiście ten wątek również jest poruszany, ale pod koniec książki - dość delikatnie, z pewną goryczą, ale i z dystansem. I dobrze – bo w jedną prawdę to ja nie wierzę i aby zagłębiać się w meandry podziału zespołu przydałoby się także wysłuchać argumentów drugiej strony.
Zamiast frustracji i rozgoryczenia Łosowski opowiada o swoim barwnym życiu oraz historii zespołu, którego korzeni należy doszukiwać się w bardziej ambitnym, jazzującym AKCENTY, które działały u schyłku lat sześćdziesiątych. KOMBI z pewnością wykształciło swój charakterystyczny styl, a syntezatory Łosowskiego stanowiły jego fundamenty. Mi jednak, jako słuchaczowi, właśnie to co przesądzało o wyjątkowości tej grupy najmniej się podobało. 
Te klawisze wydawały mi się tandetne i archaiczne już w chwili gdy je po raz pierwszy usłyszałem. W dzieciństwie największe wrażenie robił na mnie sam Łosowski – ta jego łysina i okulary nadawały mu jakiegoś kosmicznego wyglądu. Dziś łysy facet nie dziwi, bo takich na ulicach spotkamy trzech na dziesięciu. W latach mojego dzieciństwa łysy był tylko Kojak, Fantomas i Łosowski.
Nie będąc jednak fanem KOMBI muszę przyznać, że książkę „Słodkiego miłego życia – prawdziwa historia” przeczytałem z ogromną przyjemnością. Rozmowę z muzykiem przeprowadził Wojciech Korzeniowski, który współpracuje z KOMBI od 1976 roku. Minusem bez wątpienia jest to, że możemy zapomnieć o obiektywizmie, ale czy ktoś spodziewa się obiektywizmu w jakiejkolwiek autoryzowanej publikacji? Są też ogromne plusy – Korzeniowski często nie pyta, ale wspomina wraz ze swoim rozmówcą zarówno te ważne, fundamentalne dla zespołu fakty, jak i te mniej istotne, ale nie mniej ciekawe i bywa, że nie pozbawione humoru. Panowie wspominając często się uzupełniają, co wychodzi dość zgrabienie i naturalnie.

W peerelowskiej rzeczywistości 

Opowieść Sławomira Łosowskiego jest wspaniałą podróżą w przeszłość – powrotem do mrocznych czasów PRL-u, gdy na drodze muzyków stało do pokonania wiele przeszkód, które dziś mogą wydawać się niedorzeczne i całkowicie niezrozumiałe. Z zainteresowaniem chłonąłem opowieści o tym jak Łosowski zdobywał i modernizował swoje instrumenty, jak wykorzystywał do gry Commodore 64, jak KOMBI podróżowali nie tylko po krajach bloku wschodniego, ale także po Stanach Zjednoczonych i jak mozolnie budowali swoją pozycję na scenie. Co ciekawe, w tych wspomnieniach sprzed lat nie pojawia się nawet delikatna nutka sentymentu za komuną. Ta Polska Ludowa jest dziadowska, brudna i szara, a panujący system ogranicza wolność artystyczną i zamyka przed zespołem drzwi do międzynarodowej kariery.
Trochę mnie to dziwi – bo ja na miejscu Łosowskiego chyba jakiś sentyment do tamtych czasów bym zachował, choćby ze względu na pozycję jaką wówczas zespół wypracował. Muzyk kilkakrotnie podkreśla, że z tego grania nie było żadnych większych pieniędzy, a przez wiele lat członkowie zespołu ledwo wiązali koniec z końcem. Dziś komuna nie ogranicza, mamy wolność, demokrację, internet i świat nieograniczonych możliwości – KOMBI swoim nowym albumem (zatytułowanym po prostu "Nowy album"  może próbować podbijać nie tylko krajowe listy przebojów, ale i cały świat. Czy tak się stanie? Osobiście śmiem wątpić.
Oprócz różnych ciekawych wspomnień z życia muzyka, Sławomir Łosowski odsłania trochę prywatności. Wspomina o długiej i ciężkiej chorobie swojej żony, która na pewien czas wykluczyła go z czynnego muzykowania. W tym kontekście twórcy konkurencyjnego KOMBII jawią się jak klasyczne i bezwzględne ścierwojady, próbujące wyłuskać parę groszy na czyimś nieszczęściu. To jednak wersja Łosowskiego. Jeśli było rzeczywiście tak jak pisze to mu współczuję, bo zostać wyrugowanym z własnego zespołu to nic przyjemnego. Ale jak zwykle na pewno jest i druga strona medalu – wszak członkowie KOMBII też mieli swój czynny wkład w historię KOMBI i trudno dorobek całego zespołu przypisać jedynie Łosowskiemu. A głos i gitara Skawińskiego były przecież dla KOMBI elementami równie charakterystycznymi co klawiszowe podkłady Łosowskiego. Najlepiej by było dla fanów, gdyby panowie się pogodzili, ale skoro do tego nie doszło i nie do końca wiadomo o co chodzi.... to prawdopodobnie wiadomo o co chodzi.

Lektura przy dźwiękach muzyki 

Rozśmieszyła mnie próba przypisywanie tekstom KOMBI antysystemowego wydźwięku. Być może się mylę i ludzie rzeczywiście interpretowali teksty tak jak przedstawia je w książce Łosowski, traktując KOMBI jako sprytny manifest antykomunistyczny, który dzięki wieloznaczności swoich liryków wyprowadzał w pole tępych komunistycznych cenzorów. Osobiście jednak szczerze w to wątpię i zdecydowanie nie przeceniałbym ani możliwości analitycznych przeciętnego słuchacza, ani antykomunistycznej postawy zespołu, który przecież z tych możliwości peerelowskiego państwa ssał jak młode cielę krowiego cyca. I nie jest to żaden zarzut. Radzić sobie trzeba w każdych czasach, a w książce mam wrażenie jakby Łosowski miał jakiś kompleks i mniej lub bardziej świadomie próbował się usprawiedliwiać.
Oprócz interesującej treści, książka zawiera bardzo bogaty materiał fotograficzny, który dodatkowo podkreśla jej historyczną wartość. Fanów KOMBI na pewno do lektury zachęcać nie trzeba. Polecam więc tym, którzy po prostu interesują się muzyką i polską sceną doby pereelu oraz czasów transformacji ustrojowej. 
Przeczytałem w ciągu zaledwie kilku wieczorów i nie żałuję żadnej minuty poświęconej tej lekturze. Tym bardziej, że jednocześnie słuchałem muzyki. Oczywiście nie „KOMBII z Grzegorzem”, ani nie „The True KOMBI” - ale tej swojej – hałaśliwej, brutalnej z rzygającym wokalistą o włosach zdecydowanie dłuższych niż włosy Sławomira Łosowskiego. I dodam jeszcze, że po przeczytaniu tej książki poczułem do Łosowskiego sporo sympatii. Może dlatego, że nie nazwał siebie artystą? A jeśli nawet, to zrobił to tak dyskretnie, że zupełnie nie zwróciłem na to uwagi. 


poniedziałek, 20 czerwca 2016

GOJIRA: Siła gniewu i smutku

GOJIRA to jeden z tych zespołów, które cenię i lubię – na półce mam ich całą dyskografię, ale nieczęsto słucham i nieczęsto mam ochotę, by pławić się w ich dźwiękach. To trochę jak z serem pleśniowym – lubię, ale jadam rzadko i oczywiście za nic w świecie nie mógłbym odżywiać się tylko pleśniowym serem


Gdy po raz pierwszy włączyłem „Magma” to pomyślałem sobie, że choć ten krążek jest trochę inny od wcześniejszych albumów GOJIRA to zapewne podzieli ich los. Uznam, że to kawał dobrej muzyki, przesłucham kilka razy i odłożę na półkę, sięgając po niego nie częściej niż po stojak na choinkę.
Stało się jednak coś dziwnego – od kilku dni ten krążek kręci się w moim odtwarzaczu i z każdym przesłuchaniem wciąga mnie coraz bardziej i coraz głębiej. Niby Francuzi nigdy nie grali tak spokojnie i prosto, ale zarówno ten spokój jak i prostota „Magmy” są pozorne. W rzeczywistości to mroczny posępny i potężny album, który w dokonały sposób łączy nieprzeciętną przebojowość ze smutkiem, gniewem i zadumą. Ta muzyka wydobywa się z głośników niczym magma z wnętrza ziemi – emocjonalnie skomasowana, gęsta i treściwa. Ta płyta ani przez sekundę nie traci swojego specyficznego, mrocznego i co by tu nie mówić – niewesołego klimatu – jednocześnie przemawiając na różne sposoby w różnych językach i dialektach. 
Siłą „Magmy” jest jej spójność i jednoczesne zróżnicowanie. Każdy z utworów jest odmienny, ale jednocześnie każdy tworzy ważny element całości. A całość jest zimna i ponura – ma granatowy kolor nieba i siłę porywistego orzeźwiającego wiatru, które zwiastuje nagłe ochłodzenie, chwilę po wiosennej burzy.
„The Shooting Star” przywodzi mi na myśl potęgę i smutek „Ugly” - drugiej płyty LIFE OF AGONY. Ma też w sobie coś z MASTODON. W ogóle mam wrażenie, że GOJIRA na tej płycie odpływa trochę w rejony Amerykanów - nawet jeśli nie stricte stylistycznymi patentami to pewną naturalną i niewymuszoną elegancją. 
„Silvera” jest bardziej gwałtowny i agresywny – nie jest to jednak ekspresyjna i niepohamowana agresja – więcej w niej determinacji i gniewu niż pierwotnych instynktów drapieżnika. Bardzo podoba mi się gitara w tym utworze – ta, która rozpoczyna się po drugie minucie i piątej sekundzie – wyrafinowana, precyzyjna, pełna polotu, lekkości i przestrzeni.
„The Cell” sprawia wrażenie najbardziej zwartego, gęstego i intensywnego – przestrzeni nadają mu partie wokalne, zarówno te czyste, mocne i monumentalne jak i te pełne gniewu i determinacji. Świetne wokale są też w „Stranded”, atakujący chwytliwym riffem, który przy nieco innej aranżacji mógłby się stać kręgosłupem stadionowego hitu, krzyczanego przez tysiące gardeł. „Yellow Stone” jest kwaśną, pustynną, instrumentalną miniaturą, która przygotowuje nas na utwór tytułowy – dla mnie jeden z najjaśniejszych punktów tego krążka. Klimatyczny, mroczny, budujący napięcie, ale nie prowadzący ku wybuchowi agresji lecz ku melodyjnemu przestrzennemu rozwinięciu, które wybrzmiewa z ogromną siłą i elegancją.
„Pray” wyróżnia się motorycznym nośnym riffem rozpływającym się w chóralnych partiach wokalnych, dryfujących w spokoju i zadumie, aż ku bardziej gwałtownym fragmentom. „Only Pain” przynosi zamaszysty, energetyczny i dobitny riff, a „Low Lands” mroczny, spokojny klimat, który podszyty jest nieokreślonym lękiem. „Liberation” tp akustyczny utwór o lekko plemiennym wydźwięku. Myślę, że „Magma” spokojnie by się obyła bez tego kawałka.

Podsumowując – teoretycznie niewiele jest na tej płycie rzeczy, które lubię i jednocześnie sporo modnego okołometalowego grania, zwykle nie budzącego we mnie większych emocji. GOJIRA jednak ma klasę i jakiś taki trudny do zdefiniowania wdzięk, który sprawia, że ich nowej płyty słucha mi się z przyjemnością. Nie jestem pewien, czy wrócę do niej za roku czy dwa – dziś to jednak nie ma żadnego znaczenia, bo po przeszło dwudziestu odsłuchach, wciąż jej nie mam dość i powoli zaczyna do mnie docierać, że „Magma” może okazać się jedną z mocniej zapadających w pamięci płyt 2016 roku. Pewnie nie będzie najlepszą, ani moją ulubioną, ale taką, która pozostanie na dłużej – jeśli nie w kieszeni odtwarzacza, to chociaż w świadomości.  

VIDIAN: W postmetalowym sosie, z brodą i w wełnianej czapce na głowie

Pięknie ten VIDIAN wydany – pomyślałem rozpakowując MCD „A Piece of the End”. Przyjemna okładka w czarno-białej tonacji, przyjemny layout, szorstki pachnący papier. Na uwagę zasługuje też sam krążek – przezroczysty, połyskujący tylko w granicach zapisu płyty. Dziesiątki tysięcy płyt trzymałem w swoich łapskach, ale z takim rozwiązaniem estetycznym jeszcze się nie spotkałem. VIDIAN pochodzą z Bydgoszczy, przed tegorocznym MCD dorobili się już dwóch pełnych albumów, które najwyraźniej mnie ominęły. Jak podpowiada metal-archives – grają eksperymentalny death metal.
Słuchając jednak „A Piece of the End” mam wątpliwości, nie tylko czy to death metal, ale także czy to jest muzyka eksperymentalna. No nie, wątpliwości nie mam, bo death mealu nie ma tu za grosz. Gdybym usłyszał ten krążek kilkanaście lat temu to może bym się zachwycił, dziś jednak taką postmetalową estetyką, mocno zanurzoną w późniejszym Neurosis czuję się po prostu znużony. Trudno się do czegokolwiek przyczepić – bo i wokalnie i instrumentalnie i brzmieniowo VIDIAN prezentuje się bardzo poprawnie. Problem jednak jest w tym, że poprawnych płyt nie chce się dłużej słuchać, a tym bardziej do nich wracać.
Jeśli ktoś uwielbia postmetalowe odloty i ma niedosyt takiego grania, to pewnie się na VIDIAN nie zawiedzie. Mi jednak takie eksperymenty trącą lekką nieświeżością i powodują, że usta same mi się otwierają do ziewania. 

niedziela, 19 czerwca 2016

Najgorszy wywiad w życiu

Po koncercie kolega miał robić wywiad z pewnym zespołem. Nie powiem co to za zespół, ale w tamtych latach byli w absolutnym topie – nazwijmy to polskiej muzyki popowo rockowej. Tego dnia grali w ramach całodziennej imprezy, której trudy niektórym dawały się we znaki. Redakcyjny kumpel tak się zatracił w towarzystwie, że wypił nieco za dużo by mógł umówioną rozmowę przeprowadzić. Padło na mnie, że mam go zastąpić. Niewiele o zespole wiedziałem, muzykę znałem słabo, więc postawiłem na podstawowy zestaw pytań, zapamiętany z Metal Hammera.

Usiadłem w na tylnym siedzeniu białej limuzyny z liderem zespołu. Nadęty i zmanierowany, wyrósł w ostatnich latach jak babka drożdżowa, do której dodano za dużo drożdży. Ledwo się mieścił w tej limuzynie. Wyłaził z niej prawie jak ciasto z prodiża. Podczas naszej rozmowy niechcący mi się wyrwało, że ta ich muzyka, mimo niewątpliwej popularności, nie jest najwyższych lotów. Zaczął wtedy przekonywać, że jego horyzonty muzyczne są nieograniczone i na co dzień słucha różnych gatunków. A najbardziej to lubi ostry metal! Wyglądałem wtedy jak fan kurwa Bajmu (czyli właściwie nic się nie zmieniłem) więc nie mógł się spodziewać, że zabrnął w tematykę, która jest mi znana lepiej niż dobrze.
- Jaki jest twój ulubiony zespół metalowy? - zapytałem z iskrą w oku, czując, że rozmowa zaczyna robić się ciekawa.
- Morbid Angel – odparł muzyk z całym przekonaniem i pewnością, że prowincjonalnemu dziennikarzowi ubranemu w trzyczęściowy kremowy garnitur nic te dwa wyrazy nie powiedzą.
- A wolisz ich wcześniejszą twórczość czy późniejszą? - zapytałem.
- Lubię ich wszystkie płyty.
- A co sądzisz o „Tomb of Mutilated”? Sądzisz, że jest równie dobra jak poprzednie?
Zerknął na mnie zdziwiony, ale nie tracąc animuszu odparł:
- Oczywiście. To wspaniała płyta!
- Ale Morbid Angel nigdy takiej płyty nie nagrał – odpowiedziałem uśmiechając się tak szeroko, że teraz to ja ledwo mieściłem się w limuzynie. - To tytuł płyty innego znanego zespołu death metalowego. Jako fan muzyki metalowej powinieneś go znać...
Muzyk zmieszał się mocno. Myślałem, że wyrzuci mnie z tej limuzyny.
- A czy ty w ogóle wiesz jak ja się nazywam? - wypalił z grubej rury, czując chyba, że moje kompetencje osadzone są w innych rejonach muzycznych.
- A czy ty wiesz jak ja się nazywam? - odpowiedziałem pytaniem.
- Nie mam pojęcia – muzyk wydął pogardliwie usta. - Ale mi to nie jest do niczego potrzebne.
- No widzisz, dokładnie tak jak mi do niczego nie jest potrzebne twoje nazwisko. Też nie mam pojęcia jak się nazywasz – przyznałem szczerze.
- To napiszesz w gazecie, że z kim rozmawiałeś? - zapytał mocno zaniepokojony, a w jego oczach dostrzegłem autentyczne zdziwienie.
- Sprawdzę sobie w internecie – odpowiedziałem. Grzecznie podziękowałem za rozmowę i z ulgą opuściłem białą limuzynę. Ze sto metrów gonił mnie menager zespołu chcąc się upewnić czy na pewno będę pamiętał o wysłaniu wywiadu do autoryzacji. W druku wątek fascynacji metalową muzyką został pominięty. To był chyba najgorszy wywiad jaki w życiu zrobiłem, ale wszystkim się podobał, bo zilustrowany był zdjęciem zespołu, który był wtedy na topie.



piątek, 17 czerwca 2016

ANTHRAX: Królewska płyta w czasach bezkrólewia

Dlaczego ANTHRAX nagrał najlepszą thrash metalową płytą ostatnich dwudziestu lat?


Gdyby mi ktoś sześć lat temu powiedział, że ANTHRAX w 2016 roku nagra najlepszy thrash metalowy album ostatnich 20 lat to zabiłbym go śmiechem. Zawsze uważałem, że ten zespół jest przeceniany, a kwalifikowanie ich do Wielkiej Czwórki Thrash metalu w moim odczuciu zakrawało na kpinę. Ok - „Spreading the Disease” i „Among the Living” podobały mi się, ale gdzie im do najwybitniejszych dzieł Nuclear Assault, Testament, Exodus, D.R.I. czy Overkill? Gdy im chociażby do najlepszych albumów Suicidal Tendencies z thrash metalowego okresu?  – nie wspominając już o przedstawicielach sceny niemieckiej, czy takich cudeńkach jak Voivod czy Coroner.

Jak Metallica zbawiła Anthrax

Zawsze miałem wrażenie, że sukces ANTHRAX zawdzięcza temu małemu cwanemu Żydkowi, który zawsze wiedział kogo poklepać po plecach, z kim ustawić się do zdjęcia, gdzie bywać i z kim pić by coś dla swojej kapeli załatwić.
Gdy Scott Ian po raz pierwszy usłyszał Metallica to miał ochotę swoje nagrania demo spłukać w kiblu i zacząć wszystko od początku. Szybko zrozumiał, że ekipa Larsa Urlicha stanowi nową jakość i przed geniuszem tego zespołu już wkrótce cały świat padnie na kolana. Porzucił więc wszelkie negatywne uczucia, które targały jego sercem, odrzucił zazdrość i zawiść i postanowił się z Metaliką zaprzyjaźnić. Gdy przyjechali do jego miasta przyjął ich z żarliwą grzecznością, oferując swoją przyjaźń jak kamerdyner pieczoną przepiórkę na srebrnym półmisku.
Wkrótce jednak stała się rzecz straszna. Ktoś nieoczekiwanie skradł Metalice instrumenty. Gdy oni zrozpaczeni zalewali się łzami, a Hetfield na akustyku komponował „Fade To Black” - pojawił się mały, wtedy jeszcze nie łysy człowiek i powiedział:
- Nie ma sprawy, możecie przecież grać na naszych instrumentach i korzystać z naszego sprzętu.
Oczywiście daleki jestem od posądzenia, że lider Anthrax mógł mieć coś wspólnego z ową kradzieżą, ale jakbym miał postawić 100 zł u bukmachera na to, że na pewno nie miał, to raczej bym tego nie zrobił.
Metallica zaciągnęła wtedy wielki dług wdzięczności, a gdy ich producent w zamian za użyczenie sprzętu zaproponował Ianowi udział w zyskach ze sprzedaży „Kill'em All”, ten stanowczo odmówił. Mały, sprytny człowiek wiedział, że są rzeczy cenniejsze niż pieniądze – znajomości i zobowiązania.
Metallica spłaciła dług – w podziękowaniu zabrała Anthrax na trasę po Europie. Wlokła ze sobą ten – powiedzmy sobie szczerze – dość przeciętny zespół. Wiem, że debiut ANTHRAX ma swoich zagorzałych fanów, a osobiście znam nawet kilku, którzy twierdzą, że to najlepsza płyta w ich dyskografii. Cóż - Joachim Löw zapewne uważa, że zapach przepoconych pachwin jest piękniejszy niż kwitnący bez. Z całym szacunkiem do jego upodobań – pozostanę jednak przy swoich.

Obiecujące początki, chude lata i wieli powrót

Scott Ian na świat patrzył zawsze trzeźwo, w lot wietrzył nowinki i trendy i w mniej lub bardziej sprawny sposób potrafił adaptować je na potrzeby zespołu. Wspomniane dwa albumy „Spreading the Disease” i „Among the Living” wyszły całkiem zgrabnie – ale gdzie im do potęgi Metallica, Slayer czy Megadeth. Między Anthrax, a pozostałą trójcą zawsze istniała niewyobrażalna przepaść jakościowa.
W późniejszych latach Anthrax miotał się po scenie nagrywając płyty zaledwie przyzwoite. Gdy thrash był w odwrocie szybko zatrudnił bardziej rockowego wokalistę i nagrał krążek, który mógł się spodobać fanom Soundgarden. Pamiętam jak Mystic mocno reklamował ich wielki powrót za sprawą „We've Come for You All”, która okazała płytą tak słabą, że gdyby była człowiekiem to należałoby ją podłączyć nie tylko do kroplówki, ale także do respiratora.
Nie wierzyłem w ten zespół – a wieść o powrocie do składu Joeya Belladonny przyjąłem z takim samym entuzjazmem jakbym się dowiedział, że Roger Milla znów będzie grał w piłkę w reprezentacji Kamerunu, a Andrzej Gołota powróci na ring i stoczy walkę o pas mistrzowski z Wojciechem Mannem. 
Stało się jednak coś niesamowitego – płyta „Worship Music” okazało się zaskakująco dobra, a nowy-stary wokalista udowodnił życiową formę. To był opus magnum tego zespołu – płyta zagrana z polotem i lekkością, sprawiająca wrażenie tak naturalnej i spontanicznej jak żaden z ich wcześniejszych krążków. Wyróżniającym się utworem był „In The End” - majestatyczny, potężny z porażającymi partiami wokalnymi. Prawdziwa perełka.

Bez kompleksów i patrzenia w przeszłość

I znów odezwał się we mnie sceptycyzm – sądziłem, że płytę tego formatu nagrywa się raz w życiu. „Worship Music” był taką młodą gorącą laską, która przytrafiła się na imprezie panu w dojrzałym wieku. Było ciemno, ona trochę wypiła, a gdy się obudzili rano w jednym łóżku starała się być miła i kurtuazyjnie zapisała sobie numer telefonu obiecując, że zadzwoni. Wiedziałem, że nie zadzwoni i byłem pewien, że Anthrax w kolejnych latach będzie uganiał się za zwiędłymi babciami na potańcówkach w sanatoriach.
Myliłem się – ten dziarski podstarzały facet z siwym wąsem właśnie leży w łóżku z trzynastoma gorącymi laskami. W ręku trzyma szklaneczkę whisky z lodem, w ustach kubańskie cygaro i śmieje się cynicznie ze swoich rówieśników, ustawiających się w kolejce po kolejną dawkę viagry, dającej nadzieję na krótką chwilę spełnienia. Anthrax tymczasem nagrał te trzynaście utworów na „For All Kings” i przez bliską godzinę ma taką erekcję, że jakby było trzeba, to by mógł swoim fiutem zagrać z baseball. Podczas gdy inni w mniej lub bardziej udany sposób próbują przywołać chwilę dawnej świetności, ANTHRAX nie patrzy za siebie – proponując płytę świeżą, ekscytującą, pełną niewysłowionego piękna i mocy tak ogromnej, że mógłby nią kruszyć masywy górskie i kontynenty dzielić na wyspy.
Gdy napisałem na Facebooku, że „For All Kings” to najlepszy album ostatnich dwudziestu lat pojawiły się propozycje: a może Testament, a może Overkill, a może Heathen? Nie. Nie. Nie. Żaden też Megadeth, ani Slayer – Metallicę litościwie przemilczę. Wszystkie te zespoły swoje najlepsze, klasyczne płyty mają już za sobą. Dziś próbują nagrywać mniej lub bardziej udane wariacje na ich temat. Próbują ogrzać się w blasku świecy, która wypaliła się przed laty, próbują zapalić knot starej lampy, do której od lat nigdy nikt nie wlewał nafty. Choćby Megadeth – nagrał w tym roku bardzo przyzwoity krążek, ale przecież nie ma on żadnego startu do takiego „Rust In Peace” - nawet koło niego nigdy nie siedział, małym palcem u stopy nie musnął jego geniuszu. Wszystkie te zespoły są przytłoczone wspomnieniem własnej wielkości, żyją z cieniu dzieł, które stworzyli przed laty. Tymczasem Anthrax nie ma żadnych kompleksów. Nigdy nie nagrywał wiekopomnych albumów, nigdy wcześniej nie wspiął się na wyżyny geniuszu. 

To nie druga młodość, to drugie życie

Jest rok 2016 i ci panowie nagrywają płytę, przy której włosy stają mi dęba, a na rękach czuję gęsią skórkę. Belladonna, który był krzykaczem ledwo przyzwoitym, a miejscami nawet kiepskim dojrzał jak wino, zmieniające swój kwaskowy posmak w niejednoznaczny, wielowymiarowy smak zaskakujący mnogością nut, zmieniających się kilkadziesiąt razy podczas jednego muśnięcia językiem. Moc! W tym głosie jest moc, która kładzie na kolana. A w połączeniu z ciężarem riffów, absolutnie genialnymi partiami solowymi, które nie są dogrywane na siłę, ale tworzą z gitarą rytmiczną jeden organizm – mamy do czynienie nie tylko z najlepszą płytą ANTHRAX, ale także najmocniejszą i zdecydowanie najbardziej elektryzującą.
Kumpel swego czasu przekonywał mnie, że „For All Kings” w ogóle thrashowym albumem nie jest, bo ANTHRAX teraz gra heavy metal. Chyba za przeproszeniem dupę tego krążka słuchał, a nie uszami – bo tak mocnej i esencjonalnie thrash metalowej płyty nie słyszałem od wielu lat. Bo siła thrashu nie polega na szybkości, perkusyjnych galopadach i kąśliwych wokalizach przypominających odgłos odkręcania zardzewiałej śruby. Siłą thrashu jest jego charyzma, piękno i technika – może i kangur uderza szybciej i mocniej niż Muhamed Alli, a poetyka ruchów i bajeczna technika tego drugiego przemawia do mnie zdecydowanie bardziej. I tak jest właśnie na „For All Kings” - płycie, która muzykę thrash metalową wynosi na absolutne wyżyny.

„For All Kings” - krok po kroku 

"Impaled" to patetyczny podniosły, monumentalny bitewny wstęp, będący preludium dla tego doskonałego krążka. Mistrzostwo absolutne – dla mnie osobiście to chyba najlepszy początek płyty od czasów "Anthems to the Welkin at Dusk".

"You Gotta Believe" swoim pierwszym chłoszczącym riffem w dwadzieścia sekund kasuje wszystkie tegoroczne thrash metalowe płyty. Po pierwszej minucie jestem już spocony i biegnę zmienić bieliznę, bo sposób w jaki te świetne riffy spajają się z perkusją i wokalami jest wręcz oszałamiający. 2:23 – gitara solowa obezwładnia, a riff nabiera czystej, chirurgicznej precyzji i aptekarskiej dokładności. Po trzeciej minucie akustyczne zwolnienie w doskonały sposób budujące napięcie, gitara solowa meandruje i kwili z takim polotem i lekkością, że aż wstrzymuję oddech. W wokalach jest tyle emocji, że słucha się ich z rozdziawionymi ustami. Jest w nich  i gniew, i czułość i piękno i determinacja. Po piątej minucie pięknie szalejący riff i jednocześnie absolutnie genialna partia solowa. W cudowny sposób się przenikają tworząc coś spójnego i jednocześnie ze sobą kontrastującego. Absolutnie genialny utwór, a najwspanialsze na tej płycie jest, że żaden z pozostałych nawet o ćwierć milimetra mu nie ustępuje. 

„Monster at the End” zagrany jest z takim polotem, a wokale wybrzmiewają z taką siłą, charyzmą i przekonaniem, że słucha się ich zaciśniętym gardłem. Pod koniec drugiej minuty riff miażdży i pruje, a grająca równolegle partia solowa rzuca na kolana i wbija w ziemię. A Belladonna nie ma żadnej litości. Absolutnie genialny utwór!

„For All Kings” zaczyna się przepiękną partią wokalną, po której wchodzi doskonały riff rozpędzający się i nieszczący wszystko na swojej drodze. Belladona śpiewa w sposób wręcz obłędny, równając się swoim kunsztem z najlepszymi wokalistami w historii muzyki metalowej. Główny riff tego utworu wbija się w głowę z niesamowitą mocą, a przeszywające solo wchodzące w czwartej minucie poraża smutkiem, tęsknotą i żarliwością, która chwyta za gardło jak zawodnik mma zakładający duszenie gilotynowe. 

"Breathing Lightning" zaczyna się niewinnie, ale riff, który wchodzi pod koniec pierwszej minuty urywa głowę. Jeśli to nie jest thrash to ja naprawdę nie wiem co nim jest. I znów ten niesamowity Belladona, który dysponuje taką formą, że chyba nawet jakby nagrał płytę z kolędami to obwołałbym ją arcydziełem. To piąty utwór na płycie, a ja po raz piąty mam ochotę paść na kolana i wbić czoło w podłogę. 4:17 – znów doskonała partia solowa, agresywna, piękna, dobitna, pełna mocy i wigoru. 

"Breathing Out" to klimatyczny, spokojny instrumentalny przerywnik pozwalający zaczerpnąć powietrza przed tym co nas jeszcze czeka. 

Po nich wchodzi – „Suzerain” riffem kruszącym kości! Heavy metal? Dobre sobie – w tych dwudziestu sekundach jest więcej agresji niż na całej ostatniej płycie Megadeth, a gdy Belladonna krzyczy „Nothing is over, nothing is over!” to mi autentycznie robi się mokro w majtach i gdybym był kobietą to z pewnością na koncercie zdjąłbym w tym momencie biustonosz i cisnął nim na sceną niczym Kamila Skolimowska młotem na igrzyskach olimpijskich w Sydney. Przepiękny jest ten utwór i wokalnie i gitarowo – zarówno pod względem riffów, jak i czarujących partii solowych (gitara pod koniec drugiej minuty urywająca się echem, a to co dzieję się pod koniec trzeciej minuty kładzie mnie na plecy ). Najpiękniejsza jest jednak wymowa całość – ten kunszt i mistrzostwo z jakim te wszystkie elementy połączono i zaaranżowano. Gdy ten utwór się kończy to cisza aż krzyczy! Jest tak wymowna i przejmująca, że aż czuję ciarki na plecach. To jest właśnie ten moment – gdy trochę żartobliwie, ale jednak trafnie, o płytach wybitnych nieraz mówią, że na nich nawet przerwy między utworami są lepsze niż same utwory u konkurencji. 

"Evil Twin"- czy da się zagrać bardziej thrash metalowo niż na początku tego utworu? Belladonna przybiera manierę narratora snującego opowieść, ale napięcie rośnie i po minucie i piętnastu sekundach osiąga absolutnie cudowny stan, gdy ten piękny śpiew góruje nad gitarową chłostą, a same riffy są jak wygłodniałe dobermany trzymane przez silną rękę na mocnej smyczy. I ten kąśliwy riff rozpoczynający się pod koniec drugiej minuty, albo ta partia solowa wybrzmiewając na jego tle pod koniec trzeciej! Coś niewiarygodnego. To są te najspanialsze momenty w najlepszych płytach jakie stworzono w historii tego gatunku. 

Po nawałnicy „Blood Eagle Wings” zaczyna się spokojnie i stonowanie by po chwili nabrać ciężaru, z którym kroczy w nieśpiesznym tempie podkreślającym majestat i piękno. „Darkness in my soul is taking hold and becoming Break me from this hold as I unfold blood eagle wings” - czy wspominałem już, że Belladonna jest niedoścignionym mistrzem i nigdy wcześniej nie śpiewał tak dobrze? Tak. Możliwe, że to tym już mówiłem. 
W czwartej minucie wchodzi rasowy thrashowy riff, a a głos Belladonny nabiera drapieżności i determinacji. Partia solowa na początku piątej minuty jest przepiękna – i tu również w świetny sposób wybrzmiewa na tle riffu (od 4:02 do 4:16), a to co robi gitara solowa od 4:33 to właśnie jeden z tych momentów, który sprawia, że za każdym razem gdy słucham tego krążka to nie potrafię o nim myśleć inaczej niż jako o płycie wybitnej. 

To są dokładnie te same emocje, które przed laty wzbudzali we mnie giganci gatunku. To jest ten ogień, który nigdy nie zapłonął w thrash metalowych zespołach młodego pokolenia. Utwór kończy się delikatnym i pięknym wyciszeniem, które „Defend / Avenge” rozrywa jak błyskawica przecinając niebo podczas wiosennej burzy. Prosty selektywny rwany riff milknący jakby w niedopowiedzeniu, wspaniała partia perkusji budująca napięcie i … thrashowa jazda do przodu. I znów ten Belladonna, który tym swoim głosem jak dzwon okrywa te trashowe riffy mamiąc niektórych słuchaczy pozorną łagodnością tego krążka. Defend avenge! - jest moc przeokrutna, partie gitarowe w połowie trzeciej minuty są znów piękne i wyrafinowane, a aranżacje wokalne nietuzinkowe i mistrzowsko wykonane. Riff pod koniec czwartej minuty jest piękny, a gitara która wchodzi na przełomie piątej czaruje i zachwyca.

"All of Them Thieves" zaczyna się ciężkim selektywnym riffem, a Belladonna znów roztacza swój wokalny majestat jakby nie istniały dla niego żadne granice i prawa fizyki. Tu muzyka gotuje się jak smoła w kotle, a gdy Belladona krzyczy "All of, all of them thieves, All of, all of them thieves" to mi znów miękną kolana i omdlewają ręce. Co za siła! Co za przytłaczająca moc i charyzma! No i to doskonałe przyśpieszenie w połowie czwartej minuty, przeradzające się w thrash metalową młóckę zagraną z polotem i finezją! All of, all of them thieves ! No prawie łzy mam w oczach jak słyszę zakończenie tego kawałka! Mistrzostwo!

„This Battle Chose Us” z pięknym basem na początku, w który wchodzi doskonały krwisty thrash metalowy riff. Tnie żyły nie w poprzek ale wzdłuż - jak zardzewiała, ale wciąż ostra żyletka. Dwunasty utwór na płycie i jej napięcie nie spada nawet na sekundę. Ten kawałek równie dobrze mógłby ją otwierać, mógłby być singlem, mógłby mu towarzyszyć teledysk – albo mógłby być na płycie tylko on, a i tak warto byłoby ją zakupić. Od początku do końca zabójczy utwór (ach, ten riff z partią solową w połowie czwartej minuty – pokażcie mi, który thrash metalowy zespół gra dziś z takim polotem, z taką energią? Może Overkill momentami, może Exodus czy Death Angel w przebłyskach? Ale kto utrzymuje taki poziom przez całą płytę? Tylko Anthrax.

No i na koniec „Zero Tolerance” z dość niewinnym początkiem, po którym nabiera tempa, a riff, który wchodzi pod koniec pierwszej minuty jest wielkim brudnym środkowym paluchem w kierunku tych, którzy twierdzą, że na tym krążku jest mało thrashu, że jest zbyt melodyjny i brakuje mu gitarowej chłosty. Ten utwór to huragan, thrash metalowe tornado, które nie tylko wyrywa drzewa z korzeniami, ale pochłania całe miasta! Uwielbiam!
 Ale wtedy następuje najgorsza rzecz od czasu gdy włączyłem ten album. Kończy się... Waham się czy włączyć ponownie, ale jednak rezygnuję. Wstaję ciężko i ruszam z kierunku szafy z winylami. Teraz odpalę z czarnego krążka, bo najwspanialsze płyty wymagają najwspanialszego nośnika.



Pisząc tekst korzystałem nie tylko z ostatniej płyt ANTHRAX, ale także z biografii Scotta Iana, która okazała się bardzo interesującą i wciągającą lekturą. Nie piłem alkoholu i nie zażywałem narkotyków :) 

środa, 15 czerwca 2016

BEHEXEN: Hymny ku chwale nocy

„The Poisonous Path” to piąty album fińskiego BEHEXEN. Solidny, dobrze brzmiący black metal XXI wieku - bez innowacji, poszukiwań i hipsterskich akrobacji. Dla jednych na pewno wart wielokrotnego przesłuchania, dla innych powód do kolejnego wzruszenia ramionami i kliknięcia w następną ikonkę na Youtube. Osobiście zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy.


Fiński BEHEXEN istnieje od roku 1996 i początkowo hołdował starej szkole black metalu, który kończył się w czasach gdy oni zaczynali. Nic dziwnego, że ich twórczość przyjąłem jak Izraelici mannę z nieba. Pierwszy album (Behexen, nie Izraelitów) dziełem wybitnym na pewno nie jest, ale w roku 2000 zdecydowanie wyróżniał się swoją surowością i klasycznym sznytem, od którego inni zaczęli już odchodzić. Słyszę na tej płycie echa starego dobrego Gorgoroth, czy nawet wczesnego Emperor (wokalnie). Żadnych symfonicznych ozdobników i stylistycznych poszukiwań – surowy, klasyczny black metal drugiej fali, zagrany z pasją i zaangażowaniem. Brak wizjonerstwa czy ambicji na poszerzanie gatunku – sztampowy, może nieco kwadratowy black metal, ale ja taką sztampę po prostu lubię.
Drugi album „By the Blessing of Satan” z roku 2004 przypadł mi do gustu jeszcze bardziej niż poprzednik. O każdej kolejnej płycie Finów, którzy nieco uwspółcześnili swój przekaz puszczając oczko w kierunku religijnego black metalu, mógłbym powiedzieć coś podobnego. W tym roku wydali swój piąty album - „The Poisonous Path” i mam wrażenie, że właśnie z górnych wyżyn drugiej ligi wskoczyli do pierwszej (nie mylić z ekstraklasą).
Bardzo dużym atutem tego krążka jest brzmienie – głębokie, potężne, czytelne ale jednocześnie wciąż surowe i obskurne. Mocy nabrały też wokalizy - bardziej dominujące, unikające wyższych, histerycznych rejestrów – pełne majestatycznej siły i wyniosłości. Riffy szlachetne i wysmakowane – w niektórych momentach wydają mi się mocno inspirowane naszą Mgłą.
Klimat całości jednak zupełnie inny – powiedziałbym, że Behexen jest doskonałym przedstawicielem współczesnego black metalu. Prawie zupełnie wyzbył się klasycznych oldschoolowych naleciałości, zgrabnie łącząc rytualne zaśpiewy, agresję i klimat właściwy dla współczesnych gigantów gatunku. Ja mówią o konsekwentnym rozwoju, ktoś inny może zarzucić Finom koniunkturalność – ostatecznie jednak liczy się sama muzyka, a ta bez wątpienia broni się znakomicie i wynosi album Behexen do czołówki tegorocznych wydawnictw reprezentujących ten gatunek.
Bardzo podoba mi się prosty ponury riff w „A Sword of Protean Fire”, huraganowy początek „Pentagram of the Black Earth”, demoniczny klimat i diabelska wyniosłość najdłuższego na płycie „Rakkaudesta Saatanaan”. Jednym z najmocniejszych punktów tego krążka jest dla mnie „A Sword of Protean Fire", w którym czytelne, majestatyczne riffowanie przechodzi w szybkie i bezlitosne tempo zwieńczone podniosłym i niezwykle charyzmatycznym zakończeniem.    
„The Poisonous Path” nie wnosi nic nowego – to dawka świeżego, podręcznikowo zagranego i profesjonalnie zrealizowanego black metalu, wciąż dalekiego od mainstreamowego oblicza tej muzyki. Nie sądzę by piąty krążek wyniósł Finów na szczyty komercyjnego sukcesu – prędzej trafi do najbardziej zagorzałych fanów gatunku. A ci najmniej zblazowani i najbardziej głodni dobrej muzyki, z pewnością go docenią. No i dodatkowy plus za okładkę - niby prostą i banalną w wymowie, ale jednocześnie bardzo estetyczną i wprowadzającą w klimat ich muzyki. W środku też jest bardzo ładnie - książeczkę na stałe połączono z digi - dzięki czemu nie wypada i nie trzeba jej skądś wydobywać wyginając tekturę i pozostawiając ślady paluchów. Teksty ozdobione fotografiami złamano na szpalty, co poprawia ich przejrzystość i czytelność.  


wtorek, 14 czerwca 2016

ULCER: Sprawdzian trzeciej płyty

Przyjęło się, że trzecia płyta to pierwszy poważny sprawdzian dla zespołu. Albo czuć na niej zmęczenie materiału, albo powiew świeżości i duże aspiracje na przyszłość. ULCER swoją trzecią płytą „Heading Below” udowodnił, że nie tylko jest na fali wznoszącej, ale na jej szczycie


Gdy po drugiej płycie ENTOMBED A.D. włączyłem sobie ostatni album ULCER to poczułem jakbym chapsnął kęs świeżego steka po wcześniejszym zjedzeniu czerstwej bułki z mortadelą. O ile dzieło Szwedów w pierwszej konfrontacji wydaje się całkiem fajne, ale później z każdą minutą napięcie siada, a w połowie ma się ochotę ten krążek wyłączyć – tak z „Heading Below” mam dokładnie odwrotnie. Początek wydaje mi się mało ekscytujący, ale z każdą kolejną minutą ta płyta rośnie, aż do momentu gdy wybrzmi ostatnia sekunda i chce się ją włączyć ponownie. O ile na „Dead Dawn” wszystko jest proste, selektywne i oczywiste – tak w przypadku „Heading Below”, mimo pewnej przebojowości tego krążka jest w nim sporo intrygujących i oryginalnych elementów, które docenia się dopiero po kilku przesłuchaniach.

Cóż ja wyprawiam? Zestawiam klasyków gatunku, z zespołem, który na fundamentach tego gatunku swoją tożsamość dopiero buduje? Tak. Bo uważam, że w muzyce nie ma świętości. Jest z nią tak samo jak na bokserskim ringu – nawet najbardziej utytułowany bokser może nadziać się na potężny podbródkowy młodzika, który rozciągnie go na deskach, jak czerwony dywan pod drzwiami limuzyny.

Pierwszej płyty lubelskiego ULCER już nie pamiętam. Druga wydała mi się solidnym krążkiem, ale nic ponadto. Słuchając „Heading Below” nie mam wątpliwości, że to najbardziej dojrzały, najbardziej przemyślany i najoryginalniejszy krążek tej kapeli. Fundamenty tego grania stanowią jednocześnie ściany szwedzkiego podpiwniczenia, ale to co z nich wyrasta swoim kształtem i charakterem ramy gatunkowe, jeśli nie przełamuje, to na pewno w jakiś sposób poszerza. Podoba mi się duszna i demoniczna atmosfera tej płyty – mam wrażenie, że nad death metalowym ULCER unoszą się black metalowe chmury, z których pada obfity czarny deszcz, wsiąkając głęboko w ziemię i zalewając tę szwedzką piwnicę. Do tego mamy sporo potężnych, miażdżąco ciężkich zwolnień, które do tej mokrej piwnicy dorzucają nieco doom metalowych kamieni. To wszystko miejscami oświetlone jest podniosłą – nieco symfoniczną atmosferą (choćby w wieńczącym album, monumentalnym „Enshrouded in Nothingness”), czy nieco teatralną atmosferą grozy (początek „Miscarriage's Lullaby”, który kojarzy mi się z Cradle Of Filth z czasów swojej świetności).
Ta muzyka jest jednocześnie brutalna i klimatyczna, intensywna i gęsta. Jej monolit rozbijają zarówno nośne riffy jak i partie solowe, z których niektóre wygrywane są z takim rozmachem i polotem, że nie są jak powiewająca bandera, lecz potężny żagiel, który staje się główną siłą napędową.
Wokalnie jest świetnie – zarówno ze strony wiodących partii Angelfucka jak i Sonneillona. Gdybym miał coś zmienić to może bym je trochę bardziej wyeksponował, by ich ekspresja i siła bardziej zdecydowanie i bezwzględnie przytłaczały muzyczną tkankę.
Podsumowując - ULCER nagrali bardzo dobrą płytę, która absorbuje uwagę na zdecydowanie więcej niż kilka przesłuchań. Ba, powiedziałbym, że po kilku przesłuchaniach przygodą z tą płytą dopiero się zaczyna.

sobota, 11 czerwca 2016

THY WORSHIPER: Koszmary pradawnych rytuałów

– No i sobie poużywam – pomyślałem zdzierając folię z pięknej okładki „Klechdy”, autorstwa THY WORSHIPER. Nie miałem wątpliwości, że black metal z wyjącą białogłową i folkowymi wstawkami to mikstura przypominająca smak zupy cebulowej z truskawkami, śledziem i bitą śmietaną. Tymczasem mam już za sobą kilkanaście godzin obcowania z tym krążkiem i powiem Wam, że wciąga, mami i wkręca mnie tak mocno, że w najśmielszych snach bym się tego nie spodziewał. Zresztą o snach też będzie...

Thy Worshiper poznałem w czasach liceum – po premierze ich debiutanckiej płyty – wydanej wówczas na kasecie przez Morbid Noizz. Pamiętam, że w mojej klasie zachwyciło się tą płytą kilka osób, nawet jeden kumpel, który w metalowych klimatach specjalnie nie siedział. Mnie jednak ten album specjalnie nie pociągał – nie była to muzyka zła, ale jak weźmiemy pod uwagę, że mieliśmy rok 1996 – bodaj najlepszy w dziejach muzyki black metalowej – to łatwo sobie uświadomić, że miałem czego słuchać i czym się zachwycać.

Dobrego złe początki

Byłem pewien, że zespół się rozpadł i ślad po nim zaginął na zawsze – jednak w czasach już internetowych natknąłem się na ich pojedyncze kawałki w sieci i utwierdziłem się w przekonaniu, że Thy Worshiper to zespół nie dla mnie. Gdy dwa lata temu byłem na koncercie Furii jeden z supportów mocno mnie zniesmaczył łącząc – nazwijmy to – muzykę black metalową z jakimiś folkowymi przytupańcami.
- Co to za gówno? - zapytałem kolegę. Zerknęliśmy na bilet, ustaliliśmy, że to Thy Worshiper i udaliśmy się do baru.
I na tym pewnie moja „przygoda” z tym zespołem by się skończyła, gdyby nie Krzysztof Słyż, który przysłał mi paczkę z nowościami ze swojej Arachnaphobia Records. A w środku Ulcer, Vidian i ten nieszczęsny Thy Worhiper. Przeraziłem się nie na żarty, tym bardziej, że to wydawnictwo dwupłytowe, a więc wymagające kilku godzin poświęcenia, by wydać opinię – zapewne krytyczną i druzgocącą, lecz wyrażoną w kulturalny i dyplomatyczny sposób, by Krzysztof nie przestał się ze mną witać na koncertach, albo co gorsza - nie zamknął się w sobie i nie zaprzestał działalności wydawniczej  ;)
Żarty, żartami, ale tydzień miałem ciężki. Ledwo skarciłem krążek miłych chłopaków z Morthus, ledwo obśmiałem polskie supporty przed Megadeth, a teraz jeszcze ten biedny Thy Worshiper... pewnie nawet zupełnie niewinny tego, że porusza się w rejonach, gdzie kończy się moja muzyczna wrażliwość.

Muzyka tła

Wrzuciłem pierwszy CD – spokojny stonowany wstęp i „Gorzkie żale, przybywajcie...” - śpiewa jakaś białogłowa, a ja czuję jak mi się nóż w kieszeni otwiera, a pięści zaciskają mimowolnie.
– To będzie najdłuższe 80 minut mojego życia – pomyślałem, ale siedząc w robocie zająłem się pisaniem jakiegoś tekstu, podczas gdy muzyka snuła się w tle, jak dym z pogańskiego ogniska. To dziewczę wyło swoją piosnkę, gitary brzdąkały, kwiliły, meandrowały, rozłaziły się na wszystkie strony... aż zupełnie o tej płycie zapomniałem dając jej płynąć w spokoju, gdzieś obok, niezbyt głośno i niezbyt natarczywie. I tak sobie ten krążek grał przez całą noc, bo pracy miałem tyle, że postanowiłem posiedzieć co najmniej do wschodu słońca.
Pomyślałem sobie nawet, że życie nie jest sprawiedliwe, bo dziewięciu na dziesięć słuchanych płyt odmawiam oryginalności, a gdy wreszcie natrafiam na muzykę oryginalną, to okazuje się, że nie potrafię słuchać jej z przyjemnością. 

Zioło z opóźnionym zapłonem

Siedzę zajęty różnymi sprawami, tracąc rachubę czy płyta leci trzeci czy czwarty raz, aż w pewnym momencie czuję, że we mnie uderza. Jak wypalone zioło, które wydawało się lipne i bezwartościowe, a tu nagle przejmuje kontrolę nad ciałem i wpycha umysł w dziwny stan świadomości, jakby odrywając z niego starą powłokę i pozwalając mu cieszyć się świeżą, wyrazistą i niemal boleśnie bezpośrednią percepcją. Ten stan, w którym czujemy jak soczyście zielona trawa skrzypi pod naszymi stopami, a błękit nieba jest tak głęboki, że niemal nas wciąga i pożera. Cieszymy się jak szaleni, że uratował nas klucz żurawi, przelatujący właśnie nad naszymi głowami, bo jesteśmy pewni, że to on właśnie zamknął wrota tego żarłocznego nieba. Ten stan, w którym czujemy zapach kwiatów widzianych w balkonowej doniczce sąsiada, od którego dzieli nas dwupasmowa ulica. Ten stan, w którym słyszymy jak niedopałek papierosa wyrzucony z uchylonej szyby przejeżdżającego samochodu zderzył się z asfaltem i toczy się po nim z głośnym łomotem, plując iskrami żarzącego się tytoniu niczym zimne ognie, które dla uciechy paliliśmy w dzieciństwie.

Szamańska moc koszmarnego snu

W tych na pozór pretensjonalnych dźwiękach, w tym folkowym zadęciu „Klechd” odkrywamy jakąś szamańską rytualną moc, która zaczyna nas zniewalać, osaczać i niepokoić. To co przy pierwszej konfrontacji śmieszyło i wydawało mi się trącić tandetą i efekciarstwem okazuje się przemyślaną, ambitną i niebanalną muzyczną kreacją. To „babie wycie”, które tak mnie początkowo raziło, teraz wydaje się być jednym z najmocniejszych puntów tej płyty – chyba bardziej przekonujących niż te tradycyjne, męskie i bardziej agresywne partie wokalne – które swoją drogą też nie są jednowymiarowe i monotonne.
„Klechdy” mają w sobie coś z atmosfery koszmarnego snu, tylko, że ten koszmar nie jest krwawy, dosadny i brutalny. W tym śnie nie biegniemy po miękkich schodach ścigani przez komornika, partnerka w łóżku nie okazuje się być facetem, ani nie znikają nam wszystkie lajki z Facebooka. Ten sen jest dziwny, a strach nieokreślony i dławiący jak nagły kaszel astmatyka. W tym śnie czujemy wewnętrzny niepokój, jakby źródło lęku nie pochodziło z zewnątrz, ale kryło się w nas samych.


Językiem wszechświata władam

A gdy rano wróciłem do domu i zerknąłem na słupek płyt czekających na przesłuchanie, który od ziemi kończy mi się nieco poniżej brody – po chwili wahania, ostatecznie rozłożyłem starannie i efektownie wydany digipack „Klechdy” i wpakowałem do odtwarzacza drugi dysk. I wiecie co? Wszedł mi za pierwszym przesłuchaniem. Nauczyłem się rozumieć język, w którym Thy Worshiper przemawia, a świat tych magicznych, szamańskich dźwięków powoli staje się moim światem, choć wciąż nieokiełznanym, tajemniczym i nieco przerażającym. Absolutnie nie potrafię wybrać z tej płyty wyróżniających się utworów – wydaje mi się tak spójna, na swój sposób monolityczna (choć muzycznie bardzo przestrzenna), zwarta i niesamowicie przemyślana. 
No może drugi krążek podoba mi się bardziej niż pierwszy – wydaje mi się cięższy, potężniejszy, bardziej monumentalny („Grzyby” mają siłę Morbid Angel, a ten mocarny riff w „Dziady” wbija się w głowę jak topór wojenny Apaczów w skalp białego człowieka) - nie jestem jednak pewien, czy nie twierdzę tak dlatego, że akurat właśnie go słucham. No i ta wariacja na temat pieśni „Anielski orszak”, której w oryginale szczerzę nie znoszę, w wykonaniu Thy Worhiper prezentuje się po prostu rewelacyjnie. A ta „babie zawodzenia”, które mnie tak raziły, teraz kojarzą mi się z nawiedzonymi wokalizami, które Synne Soprana zrobiła na mojej ukochanej „Strange in Stereo”, nieodżałowanego In The Woods.    

piątek, 10 czerwca 2016

CHAOS MOON: Muzyka gasząca światło

Nazwa CHAOS MOON gdzieś mi się obiła o uszy, ale sama muzyka dotąd się nimi nie wlała i nie zainfekowała mojego umysłu. Aż do czasu gdy dotarło do mnie ostatnie MCD Amerykanów, wydane w tym roku przez naszą rodzimą Hellthrasher Production


Z funeral doom metalem jest różnie – nie przekreślam tego gatunku, ale bywa, że jego przedstawiciele w najlepszym przypadku nie trafiają na mój odpowiedni nastrój, a w najgorszym, po prostu śmiertelnie nudzą. Gdy spotykam się z zespołami z tej szufladki stylistycznej zachowuję więc daleko idącą ostrożność, by nie powiedzieć – nieufność.

Amerykański black funeral

CHAOS MOON z tego gatunku wyrasta, ale twardą, pustą i ascetyczną funeral doomową pustkę użyźnia black metalową powłoką, która targa emocjami słuchacza niczym wzburzone fale morskie tratwą, zbudowaną ze spróchniałych desek, będących pozostałością rozbitego statku.
Za zespół odpowiedzialny jest Amerykanin, Alex Poole - znany także z projektów takich Esoterica, czy Krieg. Początkowo CHAOS MOON był projektem jednoosobowym - teraz wokalnie wspomaga go Eric Baker, który dzierży także mikrofon w bliżej mi nieznanym Manetheren.
Materiał wydany przez Hellthrasher Production, w stosunku do ubiegłorocznego MCD „Amissum” sygnowanego przez sam zespół, został wzbogacony dwoma utworami. W efekcie z czteroutworowego MCD zrobił nam się regularny album o długości bliskiej godzinie lekcyjnej. Z tym, że nie jest to lekcja nudna, podczas której głowa opada nam na ławkę, a wzrok mimowolnie kieruje się ku tarczy zegara.

Na lądzie

„Amissum” to lekcja pełna uniesień i wewnętrznego napięcia, które dusi nas jak spazmatyczny szloch, który nie chce się wyrwać z krtani podczas pogrzebu ukochanej osoby. W ponad ośmiominutowym utworze tytułowym, mrok wylewa się jak nagła ciemność podczas zaćmienia słońca – nie jest to jednak mrok nieprzenikniony i czerń absolutna. Przypomina bardziej bezkresną wędrówkę po świecie tonącym w odcieniach głębokiej szarości, której drapieżne cienie niczym konary suchych drzew szarpią nasze włosy i odzież, podczas gorączkowej ucieczki z gęstego lasu, pochłanianego przez rozpędzoną ścianę ognia. Podoba mi się dobrze wyważone brzmienie i przejmująca ekspresja wokalna, w której wściekłość i rozpacz spleciono nutką zadumy i refleksyjnego smutku.

W wodzie

Kolejne trzy utwory - „Resurrection I-III” wciągają nas w swój mroczny klimat powoli i stopniowo. Zanurzanie się w tych dźwiękach bardziej przypomina powolne wchodzenie do morza niż skok na główkę w rwący nurt rzeki. I właśnie niczym fale morskie nas ta muzyka unosi. Najpierw tylko nieco tracimy równowagę, gdy woda wymywa piasek pod naszymi stopami, a później z każdym krokiem mamy coraz mniej siły by przeciwstawić się napływającej fali, aż do momentu gdy tracimy grunt pod nogami i dajemy się ponieść potężnemu żywiołowi, jak ta spróchniała tratwa, o której wspomniałem na wstępie.

W powietrzu

„To Transcend The Spine”, z dzikim i histerycznym krzykiem tonącym w mglistej i mrocznej melodii przywodzi mi na myśl atmosferę debiutu In The Woods, a "Illusions of Dusk And Dawn" osacza duszną i lepką konsystencją, z której melodyjne i przestrzenne riffy wyłaniają się niczym dziki krajobraz ostępów leśnych po opadnięciu porannej mgły.
Podoba mi się na „Amissum” to, że mimo niezwykle klimatycznego wydźwięku, ani przez moment nie traci mocy i nie zionie nudą. To nie jest muzyka, która porywa gdy jesteśmy w niewesołym nastroju – ona sama ten nastrój kreuje, nie trzeba jej słuchać w nocy przy zgaszonym świetle i zaciągniętych zasłonach. Ona sama światło gasi i te zasłony zaciąga nawet gdy świeci słońce, a błękit spokojnego nieba podpowiada, że to nie odpowiedni czas na takie dźwięki. Bo nie sztuką jest nakarmić głodnego czy napoić spragnionego, ale ten głód wzniecić, a pragnienie wywołać.








czwartek, 9 czerwca 2016

Rozmowa z Michałem Kraszewskim: Z dwoma winylami Kreator czułem się najbogatszy na świecie!


Ten obok Michała Kraszewskiego, to David Vincent
Dziś coś wyjątkowego - rozmowa z Michałem Kraszewskim, człowiekiem, który przed dwoma dekadami bardzo aktywnie działał na naszej scenie metalowej. Najbardziej znany z magazynów muzycznych Vox Mortiis oraz Novum Vox Mortis, wytwórni Vox Mortis, która wydała między innym „Pandemonic Incantations” BEHEMOTH. Niektórym mógł się kojarzyć jako organizator koncertów oraz z audycji radiowej „Vox Mortis - mroczny informator ortodoksów”. Można go było też spotkać w sklepie Dziupla 2, który znajdował się w Warszawie przy ul. Marszałkowskiej, niedaleko Placu Konstytucji.

Pamiętam jak blisko dwadzieścia lat temu ten młody, długowłosy i pełen entuzjazmu człowiek, z właściwą dla siebie elokwencją opowiadał mi o pierwszym numerze Novum Vox Mortis, prezentując klisze okładki. Patrząc na te klisze miałem poczucie, że jestem świadkiem historycznej chwili, no i czułem się świetnie gadając z facetem, którego głos znałem z radia. Tak! To on puścił którejś nocy mój pierwszy utwór Christ Agony. Klęczałem na łóżku z uniesionymi rękami, w których trzymałem pozwijany drut robiący mi za antenę i modliłem się, żeby nie przeleciał nad domem samolot, albo w locie nie zesrała się sowa, powodując zakłócenia fal radiowych i przykry szum, który nagra się na kasetę wraz z utworem.

Kiedyś w Dziupli 2 zapytałem o Mayhem, a chwilę później o kasetę, która właśnie grała.
- Pytasz o Mayhem a nie znasz Bathory? - zapytał Michał lekko skonfundowany, a ja zarumieniłem się jak nastolatka, której właśnie ktoś strzelił ze stanika.
Nie widzieliśmy się prawie dwie dekady. Michał zupełnie mnie nie pamiętał. Byłem tylko jednym z wielu długowłosych rozgadanych dzieciaków, przewijających się przez sklep, częściej koszulki i kasety macając niż je kupując. On był jedyny - wydawca, dziennikarz, organizator koncertów. Imponował mi znajomością sceny, swoją wiedzą i umiejętnością jej przekazywania. To był taki typ metala intelektualisty - zawsze starannie się wysławiał i w niebanalny sposób o muzyce opowiadał, czy to na antenie czy pisząc o niej w magazynie.
Pomysł na wywiad po latach, nie były mój - zainicjował go kilka lat temu znajomy z Masterfula, prosząc mnie o pomoc w ułożeniu pytań. Michał niby się zgodził, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Po kilku latach uderzyłem do niego powtórnie. Nie był do tego pomysłu przekonany. Zawsze to on pytał, a inni odpowiadali. Nie widział się w roli osoby udzielającej wywiadu.
- Nie jestem aktywny, nikt o mnie nie pamięta - argumentował i choć kategorycznie nie odmówił, to zwlekał, przeciągał i wymykał mi się jak węgorz schwytany w rzecznej płyciźnie gołymi rękami. Nie poddawałem się jednak - nękałem, pisałem, prosiłem, groziłem. Mógł zrobić dwie rzeczy - albo zgłosić na policję stalking albo zgodzić się na spotkanie. Na szczęście wybrał to drugie. Spakowałem dyktafon, aparat fotograficzny, obiektywy i uzbrojony po zęby stawiłem się w umówionym miejscu. Popatrzył na mnie trochę nieufnie - przyszedł jakiś obcy facet, chce go nagrywać, chce robić zdjęcia... jak w jakimś kryminale. Na domiar złego gdy usiedliśmy w barze i on zamówił piwo, to ja wziąłem wodę niegazowaną tłumacząc, że zrobiłem sobie rok przerwy w piciu. Gdyby znów były lata osiemdziesiąte to pewnie by się spodziewał, że za chwilę wyjmę pisemną propozycję współpracy z SB i nadam mu pseudonim TW Kraszak.
Jednak powoli zaczęliśmy rozmawiać i przełamywać bariery - ja pytałem, a Michał mówił, coraz śmielej i coraz więcej. Nie wszystkie wspomnienia były miłe, nie wszyscy ludzie, z którymi współpracował okazali się godni zaufania. Ale w wywiadzie pominęliśmy te kwestie, demony przeszłości niech śpią spokojnie i nigdy się nie budzą. Skoncentrowaliśmy się na tym co pozytywne, optymistyczne i budujące. A później spotkaliśmy się po raz drugi i trzeci. Część nagrywałem, część zapisywałem w pamięci. Michał okazał się ciekawych rozmówcą, choć chyba do tej pory nie jest przekonany czy pomysł tego wywiadu jest dobry i czy ktoś jeszcze o nim pamięta. Ja wątpliwości nie miałem - jadąc na drugie spotkanie, po drodze natknąłem się na dawno niewidzianego kumpla.
- Jadę na spotkanie z Michałem Kraszewskim - pochwaliłem się.
- Z tym, który prowadził Vox Mortiis? - od razu zapytał kumpel.
- Nie, z tym, który grał w pierwszych częściach Jamesa Bonda - odpowiedziałem i uśmiechnąłem się w duchu. Ludzie pamiętają.
A nawet jeśli nie - to i tak warto było ten materiał zrobić. Wyszła fajna rozmowa o starych czasach. Czasach naiwnej młodości, często trudnych i surowych, ale dziś wspominanych z ogromnym sentymentem. Czasach, w których mniej mieliśmy, ale bardziej potrafiliśmy się wszystkim cieszyć. Każdym centymetrem przegranej taśmy, każdą logówką nabazgraną na dżinsowej kurtce i każdym skrawkiem szarego papieru, na którym ktoś napisał słowo „metal”.

 

 

Mówi się, że ci co piszą o muzyce najczęściej rekrutują się spośród niespełnionych muzyków. Próbowałeś kiedyś grać? Pamiętasz kiedy i od czego zaczęła się Twoja przygoda z muzyką metalową?


Dziecięciem będąc, nieopatrznie zgodziłem się na małżeństwo jednej z moich sióstr z pewnym jakoby dżentelmenem. Tenże słuchał „różnych takich” kapel jak Saxon, Iron Maiden, Judas Priest czy Budgie. Chyba to był prapoczątek. Przywoził „dziwne” nagrania, miał jakieś „podejrzane” plakaty, które robiły wrażenie na nieukształtowanym umyśle i wrażliwości młodego człowieka.
Lata 80. były naprawdę szalone. Obok tego całego syfu upadającego komunizmu tworzyło się coś fajnego - nie chodzi mi o politykę, ale o szeroko rozumianą kulturę muzyczną. Farbowaliśmy na czarno spodnie (w Peweksie były strasznie drogie!), ręcznie rysowaliśmy logotypy kapel na koszulkach i cudem zdobywanych "dżinsówach" i bez zgody rodziców jeździliśmy na koncerty. Tłukliśmy się z punkami, piliśmy niezbyt wykwintne trunki i przegrywaliśmy kasety w „setnych kopiach”.
A próby grania... A choćby w grind core'owej kapeli, w której na perkusji grał niejaki Paweł Włodkowski, który szerzej jest znany jako Włodi z Molesty.
Teraz wyglądając przez okno już tego niestety nie widzę, ale kiedyś w Warszawie „metali” było bardzo dużo. Do tego punki, z którymi się tłukliśmy, skini, z którymi niektórzy z nas sympatyzowali, fani reggae, których nigdy nie rozumiałem. No i „depesze”. Sam słuchałem Depeche Mode, ale oficjalnie „depeszów” nienawidziliśmy i tępiliśmy za ubieranie się na czarno, co przecież było wyłącznym prawem metalowców. Może śmieszne, ale jakże urocze dziecięce zachowania.
Słuchanie tej samej muzyki w latach 80. ludzi bardzo łączyło. Wówczas dostęp do muzyki był bardzo trudny. Gdy ktoś zdobył kasetę, to inni ją przegrywali, wzajemnie się nakręcając i podsycając swoją muzyczną pasję. Gdy z którejś Metalmanii wracałem z dwoma winylami Kreatora, czułem się jakbym był najbogatszym człowiekiem na świecie!

W tamtych czasach było trudno nie tylko o płyty, ale także i o inne metalowe atrybuty – koszulki, naszywki. Jak sobie z tym radziliście?
Pamiętam, że robiłem ręcznie koszulki, na których za pomocą cyrkla kreśliłem logotypy zespołów Death, Messiah czy Celtic Frost. Była to wręcz masowa produkcja – bo zrobiłem ich pewnie kilkanaście. Oprócz koszulek, moje logówki zdobiły też naszywki. To wszystko rozchodziło się wśród ludzi. Śmiesznie było jak spotykałem później na ulicy kogoś kto nosił zrobioną przeze mnie koszulkę lub naszywkę, a ja go nawet nie znałem. To miało swój typowy dla lat 80. rys – tajemniczego, zakazanego, nieodstępnego świata. Pamiętam jak skądś dostaliśmy koncertówkę Death na przegrywanej kasecie. To było może dziesiąta, albo piętnasta kopia, na której prawie już nic nie było słuchać, ale każdy z nas miał niejako obowiązek przegrać i posłuchać tej taśmy. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu - rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki i zastanawialiśmy się skąd wziąć kasę na jedno wino na czterech. Tworzyliśmy wspólnotę, której więzi dodatkowo zacieśniły się gdy zaczęliśmy jeździć na koncerty. Na pierwszą Metalmanię jeszcze połowa z nas nie pojechała, bo z różnych względów wyprawa do Katowic dla nastolatka nie była wówczas prostą sprawą. Na drugą Metalmanię pojechałem w tajemnicy przed rodzicami. Po powrocie awantura była straszliwa, bo wróciłem ze złamanym nosem.
Muzyka metalowa była wówczas esencją mojego życia i czytając różne ziny i przyglądając się aktywności ludzi na scenie sam postanowiłem spróbować swoich sił.

Zacząłeś od zina Euronymous. Rozumiem, że nazwa była hołdem dla lidera Mayhem?
Najpierw był Euronomus. I wcale nie chodziło o Mayhem. Zaczerpnąłem tę nazwę z mitologii Parandowskiego. O ile pamiętam, Euronomus był jakimś demonem, który pojawiał się na polu bitwy by zabrać dusze poległych wojowników. Oczywiście, gdy pojawiły się skojarzenia z Euronymousem z Mayhem to wcale mi one nie przeszkadzały. Wraz z Darkiem Opoką, z którym niestety nie mam już dziś kontaktu, wydałem cztery numery kserowanego zina. Cieszył się on bardzo dobrym przyjęciem i rozszedł się w dużym nakładzie.

Jaki mógł być wówczas nakład takiego zina?
Myślę, że nawet do tysiąca sztuk.

Dziś publikacje można przygotować za pomocą prostych programów komputerowych, kiedyś wszystko robiło się ręcznie. Praca nad zinem wymagała nie tylko wiedzy, umiejętności pisania, ale także talentu plastycznego i zdolności manualnych.

To była naprawdę solidna chałupnicza robota edytorska. Problemem było skserowanie zina, zmniejszenie go do postaci formatu A4 dzielonego na pół. Podstawowym wyposażeniem każdego wydawcy zina była maszyna do pisania, na której przepisywało się artykuły i wywiady. Przy czwartym numerze Euronymous miałem maszynę z bardzo fajną czcionką, która jednak była pozbawiona polskich znaków. Wszystkie ogonki i kreseczki przy „ą”, „ę”, „ś”, „ź” czy „ł” musiałem nanosić ręcznie – wyraz po wyrazie, zdanie po zdaniu, z pełną starannością i dokładnością, tak by nie odróżniały się od maszynowej czcionki. Na szczęście jako praktykujący amator modelarstwa byłem dokładny, cierpliwy i precyzyjny. Była to jednak mordercza i niezwykle żmudna praca. Robiliśmy też rysunki, rameczki, do których trzeba było dopasować teksty.
Dziś zespoły wydają swoją muzykę i starają się ją wypromować przesyłając płyty do recenzji. W tamtych czasach samemu trzeba było zabiegać o materiały, a o to nie było łatwo .
Wówczas w Polsce wydawców zinów było mnóstwo, a przez to zapotrzebowanie na materiały od zespołów również ogromne.

Niektórzy po to wydawali ziny, by pozyskiwać demówki. Byli też tacy, którzy tylko wyłudzali od zespołów i wytwórni materiały, ale nie doprowadzali pracy nad zinem do finału.

Tak też bywało. W tamtych czasach Polska nie była zbyt dobrze postrzegana przez scenę metalową. Polakom często na listy w ogóle nie odpisywano i dość niechętnie wysyłano im materiały promocyjne. Nasz rynek nie był zbyt atrakcyjny ze względu na panującą biedę. Kogo było wtedy stać, żeby kupić demówkę za parę dolarów? Pozostawały ewentualne wymiany.
Przy trzecim i czwartym wydaniu mieliśmy już pewien status i rozpoznawalną markę. Coraz więcej zespołów zabiegało o współpracę z nami. Poza tym, pisząc do kapeli z tzw. Zachodu zawsze wysyłaliśmy ostatnio wydany numer jako potwierdzenie, że nie jesteśmy fikcyjnym wydawnictwem.

Trey po lekturze Vox Mortis
W jaki sposób w tamtych czasach robiło się wywiady? O kontakcie osobistym najczęściej nie mogło być mowy. Telefonicznie też bywało ciężko. Pozostawały tylko listy i wielotygodniowe oczekiwanie na odpowiedzi?

W tamtych czasach nie znałem języka angielskiego na tyle by móc z kimś dynamicznie rozmawiać na żywo. Miałem znajomych, którzy studiowali anglistykę i bardzo często pomagali mi w sporządzaniu wywiadów. Tym bardziej, że chciałem, żeby te wywiady nie były sztampowe. Skład? Co wydaliście? Czego słuchacie? Plany na przyszłość? Rozumiałem, że na takie pytania żadnemu muzykowi nie chciało się odpowiadać po raz setny… Wysyłałem listy i czekałem. Odpowiedzi na zadane pytania przychodziły nieraz dopiero po kilku miesiącach. Samo wysyłanie listów też nie było takie proste – na wydawcach zinów dobrze zarabiali producenci mydła. (Smarowało się mydłem znaczki, by można było z nich usunąć ślad po pieczątce i użyć ich ponownie – przyp. Maria).

Euronymous przerodził się w Amon – profesjonalnie wydane czasopismo na dobrym papierze. Jak do tego doszło?

Wówczas rozeszły się drogi Mariusza Kmiołka z firmą, która wydawała Thrashem All. Dostałem propozycję by przejąć po nim schedę i pociągnąć wydawanie magazynu muzycznego. Uznałem, że to świetna okazja by zacząć pracować nad czymś bardziej profesjonalnym. Pierwszy numer Amona w 75 procentach zawierał materiały, które były przygotowywane z myślą o piątym numerze zina Euronymous. To był magazyn wydawany na przyzwoitym papierze, przygotowywany do druku przez ludzi, którzy znali się na poligrafii i składzie. Dziś na pewno trąci myszką, ale na tamte czasy wyglądał dobrze.

i trafiłeś na listę wrogów black metalu.

(Śmiech). Rzeczywiście odbiór magazynu był różny, a dla mnie dość zaskakujący. Znaleźli się tacy, którzy zarzucili mi skomercjalizowanie się i chęć dorabiania się na tej muzyce. Konserwatywne środowiska black metalowe uznały, że w jakiś sposób krzywdzę tę muzykę i związaną z nią ideologię, bo jak można pisać o niej na dobrym papierze i drukować kolorowe zdjęcia, a na dodatek sprzedawać w sklepach muzycznych?

Po zaledwie dwóch numerach Amon przestał się ukazywać. Cóż takiego się stało? Czy sprzedaż magazynu nie spełniła oczekiwań wydawcy?

Nie. Nic z tych rzeczy. Szybko zrozumiałem dlaczego Mariusz Kmiołek przestał z tą firmą współpracować. Prowadzili ją ludzie, którzy nie mieli najmniejszego pojęcia o muzyce metalowej. To byli biznesmeni próbujący na niej zarobić. Oczywiście nie było w tym nic złego - tyle, że ich cele i moja pasja szybko zaczęły się rozmijać. Chciałem pisać o podziemnych death i black metalowych zespołach, a nie o Acid Drinkers czy Turbo. Wydawcy chcieli by w magazynie pojawiały się takie zespoły jak Flapjack czy Illusion, a dla mnie to było wykluczone. Zresztą, o ile się nie mylę, po wydaniu „Daemoonseth Act III” Christ Agony przestali już robić cokolwiek, co miałoby coś wspólnego z muzyką metalową.

Kolejnym znaczącym magazynem był Vox Mortiis. Towarzyszyła mu też audycja radiowa „Vox Mortis – mroczny informator ortodoksów”, którą prowadziłeś na antenie radia WAWA.

Pojawiałem się w kilku rozgłośniach radiowych – Rozgłośni Harcerskiej, „Trójce” i chyba najbardziej cyklicznie w Radiu WaWa. Zwykle odbywało się to przy okazji premier kolejnych kaset i płyt lub w formie zaproszenia na organizowane koncerty. W Radiu WaWa, z Paulsem von Kinskym, prowadziliśmy jakiś czas cykliczną audycję, którą nawet „eksportowaliśmy” do tematycznie zbliżonej rozgłośni w Bydgoszczy. To były fajne czasy - audycja się na tyle przyjęła, że nieraz po jej zakończeniu, do 3-4 w nocy trwały rozmowy przez telefon. Bywało, że wracałem o piątej rano do domu, kąpałem się, jadłem śniadanie i szedłem na uczelnię na zajęcia.
Magazyn „Vox Mortiis” był kontynuacją myśli o wydawnictwie muzycznym, która towarzyszyła mi za czasów robienia zina. Nie zmieniła się ani tematyka, ani sposób jej przekazywania.

Powoli stworzyłeś grupę osób współpracujących. Jak do tego doszło, to byli znajomi czy „ludzie z łapanki”?
Z każdym było trochę inaczej. Marcin Hillarowicz napisał do mnie proponując współpracę, Piotrek Piekut był moim sąsiadem. Andrzej Papież był z tego samego „pokolenia zinowego”, co ja i tak się poznaliśmy. Łukasz Dunaj bodajże przyszedł do sklepu Dziupla 2, w którym później pracowałem. Ciężko w to uwierzyć, ale wtedy był miłym i skromnym człowiekiem potrafiącym znaleźć się dokładnie tam, gdzie należało i powiedzieć to, co trzeba. Ten zespół piszących powstał w sposób naturalny. Byłem wówczas dość rozpoznawalną osobą i nawiązywałem dużo kontaktów z ludźmi, którzy dzielili moje muzyczne pasje. Część z nich chciała i umiała pisać o muzyce.

Vox Mortiis to nie tylko magazyn, ale i wydawca muzyki.
Oprócz magazynu muzycznego zaczęły pojawiać się też wydawnictwa kasetowe ukazujące się pod szyldem Vox Mortiis - pierwotnie składanki dołączane do magazynu, a potem także samodzielne, pełne albumy. Na początku mogliśmy wydawać tylko kasety, bowiem możliwości budżetowe firmy, która wydawała magazyn nie pozwalały na tłocznie płyt kompaktowych.

Kolejnym etapem Twojej działalności był magazyn Novum Vox Mortis. Pamiętam jak blisko dwadzieścia lat temu, gdy wpadłem do Dziupli 2 przy ul. Marszałkowskiej, z dumą prezentowałeś mi klisze okładki pierwszego numeru. Wtedy zaangażowałeś się już bezpośrednio jako wydawca.

Tak. Novum Vox Mortis był magazynem, który powstał we współpracy z Tomaszem Daniłowiczem, który jako grafik i twórca okładek znany jest pod pseudonimem Graal. Ja pisałem, odpowiadałem za zamknięcie części merytorycznej, tworzyłem grafiki i ramki, a on wkomponowywał je w layout i nadawał im kształt, który znasz z magazynu. Na nim spoczywała właśnie ta część graficzna.

Dziupla 2” przy ulicy Marszałkowskiej nie była miejscem tak kultowym jak ta stara „Dziupla” przy ul. Ząbkowskiej na Pradze, ale z czasem zapanował w niej fajny klimat i często chadzałem do tego sklepu w celach towarzysko-edukacyjnych, a nie tylko zakupowych. Twoje pojawianie się w tym sklepie było dla mnie magnesem nie mniejszym niż asortyment koszulkowo-kasetowy. Byłeś współwłaścicielem tego sklepu?

Nie. Ja wtedy po prostu pomagałem znajomemu – właścicielowi tej „Dziupli” z Pragi - rozkręcić to miejsce. I rzeczywiście „Dziupla 2” stała się czymś więcej niż zwykłym sklepem. Ludzie potrafili przesiadywać tam godzinami, rozmawiać i słuchać muzyki. To był też punkt, w którym zbierali się ludzie przed koncertami – szczególnie ci, którzy przyjeżdżali z innych miast.

Oprócz czasopisma i audycji radiowej byłeś także zaangażowany w organizowanie koncertów. Pamiętam choćby Novum Vox Mortis Festival, który w 1998 roku odbył się w klubie Park. Poza polskimi zespołami jako główna gwiazda zagrał DARK FUNERAL. Ich występ pozostawił jednak pewien niedosyt ze względu na czas jego trwania. Mówił się wówczas, że to przez dyskotekę, która miała odbyć się w tym samym klubie po koncercie. To prawda?

Dark Funeral-salon piękności przed występem w Warszawie
Koncerty były niejako wpisane w kalendarz lokalnej warszawskiej sceny – starałem się, aby odbywały się co miesiąc. Z satysfakcją mogę powiedzieć, że dopracowały się swojej lojalnej grupy uczestników, którzy nie opuszczali żadnej z kolejnych imprez. Były to nie tylko wydarzenia muzyczne, ale też towarzyskie – bywalcy koncertów w większości przypadków doskonale się znali, a dzięki temu mieli okazje do „pogadania o starych Polakach” i wypicia mniej lub bardziej zgubnych ilości trunków wszelakiego autoramentu.
Ten Festiwal, na którym grał Dark Funeral na pewno mógł i powinien wyglądać inaczej. Mieliśmy kłopoty ze znalezieniem odpowiedniego klubu (sali), w którym można było zrobić duży koncert. Remont był za mały, a Stodoła za duża i przede wszystkim za droga. Park miał fajną tradycję (to tam po raz pierwszy widziałem i słyszałem takie kapele jak Vader czy Imperator!), ale okazało się, że osoby zarządzające tym klubem były bardziej przywiązane do „tradycji dyskotekowej”… Mimo wcześniejszych deklaracji, nie udało się przesunąć odpowiednio potańcówki i sytuacja rzeczywiście była napięta.
Byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że ja jestem bez winy. Wystarczy wspomnieć, że kilka zespołów (choćby nieodżałowany Convent z już nieżyjącym Mariuszem Kilianem na czele) uciekało się do wyjątkowo sprytnych manewrów, żeby tylko przedłużać próby. To wiązało się z zabieraniem czasu innych, sytuacja stawała się nerwowa… Nie potrafiłem być tak stanowczy i brutalny jak na prawdziwego death metalowca przystało.

Który z koncertów organizowanych przez Vox Mortis był największym sukcesem, a który okazał się największą klapą?

Nie było koncertu, który można nazwać klapą. Tak jak wspomniałem, koncerty Vox Mortis miały swoją stała publikę, która gwarantowała, że do tych imprez nie trzeba było dokładać. Natomiast też nie przypominam sobie takiego, który sprawiłby, że zaczynałem się rozglądać za innym środkiem transportu niż metro, tramwaj czy autobus.
Największym sukcesem tych wszystkich koncertów było to, że udało nam się wypracować zwyczaj na comiesięczne chodzenie na koncerty. Tak ogromne miasto jak Warszawa było pustynią jeśli chodzi o niewielkie koncerty klubowe, na których kilkaset osób mogło się spotkać, pogadać i posłuchać muzyki. My to zmieniliśmy. Do pewnego czasu Vox Mortis było swego rodzaju rodziną – wspólnie z Piotrem Kozieradzkim (Mitek), Piotrem Piekutem, Andrzejem Pakosem, Tomkiem Zielińskim czy Marcinem Hilarowiczem robiliśmy fajne (jak sądzę) rzeczy, nie myśląc zupełnie o pieniądzach. Ten temat pojawił się wraz z innym „dżentelmenem” i to był początek końca Vox Mortis.

Jako Novum Vox Mortis wydaliście kilka albumów. Najsłynniejszym jest „Pandemonic Incantations” BEHEMOTH, ale ciekaw jestem jak wspominasz inne zespoły i ich materiały.

Szkoda, że nie istnieje DAMNABLE, bo to była naprawdę dobry zespół. Prywatnie też ich bardzo lubiłem. Fajnie, że Antek (przepraszam – Andy ;) odnalazł się z SQUASH BOWELS. Z tym zespołem wypłynął na szerokie wody i sporo koncertuje. Zupełnie inną drogą niż się spodziewałem poszedł Adam i HATE. Spośród zespołów, które wydawałem to właśnie w HATE włożyłem najwięcej serca i czasu. Za „moich czasów” mieli też wyjątkowego ambasadora w postaci Mitka, czyli ich ówczesnego bębniarza, którego dzisiaj wszyscy kojarzą z Riverside. Transformacja jaką przeszli - zarówno pod względem muzycznym jak i scenicznym - jest dla mnie bardzo dużym zaskoczeniem.

Byli udanym klonem Deicide a teraz są nieudanym klonem Behemoth. Czy to takie zaskakujące?

Absolutnie nie chciałbym wartościować tego co robią. To nawet nie kwestia jakiejś mojej dyplomacji – po prostu nie umiem tego ocenić i dlatego świadomie użyłem słowa „zaskoczony” , a nie „rozczarowany”. Nie zmienia to faktu, iż przykro mi czytać to, jak część ludzi „jedzie” po Hate…

Jak poznałeś Nergala?
Długo korespondowaliśmy ze sobą. Nawet stworzyłem logo Behemoth, które ku mojej uciesze znalazło się na jednej z ich taśm demo (a ostatnio wznowionej na winylu przez Witching Hour). Po raz pierwszy zobaczyliśmy się na koncercie, który organizowałem dla Behemoth w Warszawie po wydaniu płyty „Grom” (był to ich pierwszy koncert w stolicy) Bardzo dobrze nam się współpracowało, szybko złapaliśmy dobry kontakt i do dzisiaj bardzo kibicuję temu, co robi.

Dark Funeral - przerwa na papierosa
Spodziewałeś się, że osiągną aż taki sukces?
Wierzyłem w ten zespół, ale tak spektakularnego sukcesu nie sposób było przewidzieć. Wówczas nie mieściło mi się w głowie, że jakikolwiek polski zespół grający muzykę tak ekstremalną może stać się tak znany. Nergal jest niezwykle inteligentnym, kreatywnym i świadomym swoich działań człowiekiem, który pokazał, że potrafi realizować najbardziej ambitne cele. Minęło prawie dwadzieścia lat od mojej aktywności na muzycznej scenie, a on wciąż o mnie pamięta - przy okazji koncertów, czy wydawania nowej płyty. To świadczy o jego klasie, bo przecież dziś zupełnie nie jestem mu do niczego potrzebny.

Dziś już jesteś na metalowej emeryturze, czy wciąż lubujesz się w brutalnych dźwiękach?
Oczywiście, wciąż słucham starych kapel, ale nie jestem na tym polu tak aktywny jak kiedyś. Cieszę się, że doczekaliśmy się takich kapel jak Mgła, Odraza czy Infernal War. podoba mi się, że nasza scena się rozwija, że zyskuje swoją tożsamość i charakter. Dotyczy to nawet nazw kapel, które nie zawsze muszą czerpać z języków angielskiego lub łacińskiego – wystarczy wspomnieć właśnie takie zespoły jak Mgła, Odraza czy choćby… Brudny Skurwiel.

Potrafiłbyś wymieć pięć płyt, które w ostatnich lat zrobiły na tobie największe wrażenie?
Nawet nie będę się tego podejmował. Mam świadomość, że wielu dobrych albumów mogło w ogóle do mnie nie dotrzeć. Nie będąc aktywny na scenie nie mam już tak dobrego dostępu do płyt, a idea słuchania muzyki z internetu zupełnie do mnie nie przemawia. Inna sprawa, że np. Krzysztof Słyż ostatnio stara się żebym był na czasie przynajmniej z jego Hordes!:-).