piątek, 17 czerwca 2016

ANTHRAX: Królewska płyta w czasach bezkrólewia

Dlaczego ANTHRAX nagrał najlepszą thrash metalową płytą ostatnich dwudziestu lat?


Gdyby mi ktoś sześć lat temu powiedział, że ANTHRAX w 2016 roku nagra najlepszy thrash metalowy album ostatnich 20 lat to zabiłbym go śmiechem. Zawsze uważałem, że ten zespół jest przeceniany, a kwalifikowanie ich do Wielkiej Czwórki Thrash metalu w moim odczuciu zakrawało na kpinę. Ok - „Spreading the Disease” i „Among the Living” podobały mi się, ale gdzie im do najwybitniejszych dzieł Nuclear Assault, Testament, Exodus, D.R.I. czy Overkill? Gdy im chociażby do najlepszych albumów Suicidal Tendencies z thrash metalowego okresu?  – nie wspominając już o przedstawicielach sceny niemieckiej, czy takich cudeńkach jak Voivod czy Coroner.

Jak Metallica zbawiła Anthrax

Zawsze miałem wrażenie, że sukces ANTHRAX zawdzięcza temu małemu cwanemu Żydkowi, który zawsze wiedział kogo poklepać po plecach, z kim ustawić się do zdjęcia, gdzie bywać i z kim pić by coś dla swojej kapeli załatwić.
Gdy Scott Ian po raz pierwszy usłyszał Metallica to miał ochotę swoje nagrania demo spłukać w kiblu i zacząć wszystko od początku. Szybko zrozumiał, że ekipa Larsa Urlicha stanowi nową jakość i przed geniuszem tego zespołu już wkrótce cały świat padnie na kolana. Porzucił więc wszelkie negatywne uczucia, które targały jego sercem, odrzucił zazdrość i zawiść i postanowił się z Metaliką zaprzyjaźnić. Gdy przyjechali do jego miasta przyjął ich z żarliwą grzecznością, oferując swoją przyjaźń jak kamerdyner pieczoną przepiórkę na srebrnym półmisku.
Wkrótce jednak stała się rzecz straszna. Ktoś nieoczekiwanie skradł Metalice instrumenty. Gdy oni zrozpaczeni zalewali się łzami, a Hetfield na akustyku komponował „Fade To Black” - pojawił się mały, wtedy jeszcze nie łysy człowiek i powiedział:
- Nie ma sprawy, możecie przecież grać na naszych instrumentach i korzystać z naszego sprzętu.
Oczywiście daleki jestem od posądzenia, że lider Anthrax mógł mieć coś wspólnego z ową kradzieżą, ale jakbym miał postawić 100 zł u bukmachera na to, że na pewno nie miał, to raczej bym tego nie zrobił.
Metallica zaciągnęła wtedy wielki dług wdzięczności, a gdy ich producent w zamian za użyczenie sprzętu zaproponował Ianowi udział w zyskach ze sprzedaży „Kill'em All”, ten stanowczo odmówił. Mały, sprytny człowiek wiedział, że są rzeczy cenniejsze niż pieniądze – znajomości i zobowiązania.
Metallica spłaciła dług – w podziękowaniu zabrała Anthrax na trasę po Europie. Wlokła ze sobą ten – powiedzmy sobie szczerze – dość przeciętny zespół. Wiem, że debiut ANTHRAX ma swoich zagorzałych fanów, a osobiście znam nawet kilku, którzy twierdzą, że to najlepsza płyta w ich dyskografii. Cóż - Joachim Löw zapewne uważa, że zapach przepoconych pachwin jest piękniejszy niż kwitnący bez. Z całym szacunkiem do jego upodobań – pozostanę jednak przy swoich.

Obiecujące początki, chude lata i wieli powrót

Scott Ian na świat patrzył zawsze trzeźwo, w lot wietrzył nowinki i trendy i w mniej lub bardziej sprawny sposób potrafił adaptować je na potrzeby zespołu. Wspomniane dwa albumy „Spreading the Disease” i „Among the Living” wyszły całkiem zgrabnie – ale gdzie im do potęgi Metallica, Slayer czy Megadeth. Między Anthrax, a pozostałą trójcą zawsze istniała niewyobrażalna przepaść jakościowa.
W późniejszych latach Anthrax miotał się po scenie nagrywając płyty zaledwie przyzwoite. Gdy thrash był w odwrocie szybko zatrudnił bardziej rockowego wokalistę i nagrał krążek, który mógł się spodobać fanom Soundgarden. Pamiętam jak Mystic mocno reklamował ich wielki powrót za sprawą „We've Come for You All”, która okazała płytą tak słabą, że gdyby była człowiekiem to należałoby ją podłączyć nie tylko do kroplówki, ale także do respiratora.
Nie wierzyłem w ten zespół – a wieść o powrocie do składu Joeya Belladonny przyjąłem z takim samym entuzjazmem jakbym się dowiedział, że Roger Milla znów będzie grał w piłkę w reprezentacji Kamerunu, a Andrzej Gołota powróci na ring i stoczy walkę o pas mistrzowski z Wojciechem Mannem. 
Stało się jednak coś niesamowitego – płyta „Worship Music” okazało się zaskakująco dobra, a nowy-stary wokalista udowodnił życiową formę. To był opus magnum tego zespołu – płyta zagrana z polotem i lekkością, sprawiająca wrażenie tak naturalnej i spontanicznej jak żaden z ich wcześniejszych krążków. Wyróżniającym się utworem był „In The End” - majestatyczny, potężny z porażającymi partiami wokalnymi. Prawdziwa perełka.

Bez kompleksów i patrzenia w przeszłość

I znów odezwał się we mnie sceptycyzm – sądziłem, że płytę tego formatu nagrywa się raz w życiu. „Worship Music” był taką młodą gorącą laską, która przytrafiła się na imprezie panu w dojrzałym wieku. Było ciemno, ona trochę wypiła, a gdy się obudzili rano w jednym łóżku starała się być miła i kurtuazyjnie zapisała sobie numer telefonu obiecując, że zadzwoni. Wiedziałem, że nie zadzwoni i byłem pewien, że Anthrax w kolejnych latach będzie uganiał się za zwiędłymi babciami na potańcówkach w sanatoriach.
Myliłem się – ten dziarski podstarzały facet z siwym wąsem właśnie leży w łóżku z trzynastoma gorącymi laskami. W ręku trzyma szklaneczkę whisky z lodem, w ustach kubańskie cygaro i śmieje się cynicznie ze swoich rówieśników, ustawiających się w kolejce po kolejną dawkę viagry, dającej nadzieję na krótką chwilę spełnienia. Anthrax tymczasem nagrał te trzynaście utworów na „For All Kings” i przez bliską godzinę ma taką erekcję, że jakby było trzeba, to by mógł swoim fiutem zagrać z baseball. Podczas gdy inni w mniej lub bardziej udany sposób próbują przywołać chwilę dawnej świetności, ANTHRAX nie patrzy za siebie – proponując płytę świeżą, ekscytującą, pełną niewysłowionego piękna i mocy tak ogromnej, że mógłby nią kruszyć masywy górskie i kontynenty dzielić na wyspy.
Gdy napisałem na Facebooku, że „For All Kings” to najlepszy album ostatnich dwudziestu lat pojawiły się propozycje: a może Testament, a może Overkill, a może Heathen? Nie. Nie. Nie. Żaden też Megadeth, ani Slayer – Metallicę litościwie przemilczę. Wszystkie te zespoły swoje najlepsze, klasyczne płyty mają już za sobą. Dziś próbują nagrywać mniej lub bardziej udane wariacje na ich temat. Próbują ogrzać się w blasku świecy, która wypaliła się przed laty, próbują zapalić knot starej lampy, do której od lat nigdy nikt nie wlewał nafty. Choćby Megadeth – nagrał w tym roku bardzo przyzwoity krążek, ale przecież nie ma on żadnego startu do takiego „Rust In Peace” - nawet koło niego nigdy nie siedział, małym palcem u stopy nie musnął jego geniuszu. Wszystkie te zespoły są przytłoczone wspomnieniem własnej wielkości, żyją z cieniu dzieł, które stworzyli przed laty. Tymczasem Anthrax nie ma żadnych kompleksów. Nigdy nie nagrywał wiekopomnych albumów, nigdy wcześniej nie wspiął się na wyżyny geniuszu. 

To nie druga młodość, to drugie życie

Jest rok 2016 i ci panowie nagrywają płytę, przy której włosy stają mi dęba, a na rękach czuję gęsią skórkę. Belladonna, który był krzykaczem ledwo przyzwoitym, a miejscami nawet kiepskim dojrzał jak wino, zmieniające swój kwaskowy posmak w niejednoznaczny, wielowymiarowy smak zaskakujący mnogością nut, zmieniających się kilkadziesiąt razy podczas jednego muśnięcia językiem. Moc! W tym głosie jest moc, która kładzie na kolana. A w połączeniu z ciężarem riffów, absolutnie genialnymi partiami solowymi, które nie są dogrywane na siłę, ale tworzą z gitarą rytmiczną jeden organizm – mamy do czynienie nie tylko z najlepszą płytą ANTHRAX, ale także najmocniejszą i zdecydowanie najbardziej elektryzującą.
Kumpel swego czasu przekonywał mnie, że „For All Kings” w ogóle thrashowym albumem nie jest, bo ANTHRAX teraz gra heavy metal. Chyba za przeproszeniem dupę tego krążka słuchał, a nie uszami – bo tak mocnej i esencjonalnie thrash metalowej płyty nie słyszałem od wielu lat. Bo siła thrashu nie polega na szybkości, perkusyjnych galopadach i kąśliwych wokalizach przypominających odgłos odkręcania zardzewiałej śruby. Siłą thrashu jest jego charyzma, piękno i technika – może i kangur uderza szybciej i mocniej niż Muhamed Alli, a poetyka ruchów i bajeczna technika tego drugiego przemawia do mnie zdecydowanie bardziej. I tak jest właśnie na „For All Kings” - płycie, która muzykę thrash metalową wynosi na absolutne wyżyny.

„For All Kings” - krok po kroku 

"Impaled" to patetyczny podniosły, monumentalny bitewny wstęp, będący preludium dla tego doskonałego krążka. Mistrzostwo absolutne – dla mnie osobiście to chyba najlepszy początek płyty od czasów "Anthems to the Welkin at Dusk".

"You Gotta Believe" swoim pierwszym chłoszczącym riffem w dwadzieścia sekund kasuje wszystkie tegoroczne thrash metalowe płyty. Po pierwszej minucie jestem już spocony i biegnę zmienić bieliznę, bo sposób w jaki te świetne riffy spajają się z perkusją i wokalami jest wręcz oszałamiający. 2:23 – gitara solowa obezwładnia, a riff nabiera czystej, chirurgicznej precyzji i aptekarskiej dokładności. Po trzeciej minucie akustyczne zwolnienie w doskonały sposób budujące napięcie, gitara solowa meandruje i kwili z takim polotem i lekkością, że aż wstrzymuję oddech. W wokalach jest tyle emocji, że słucha się ich z rozdziawionymi ustami. Jest w nich  i gniew, i czułość i piękno i determinacja. Po piątej minucie pięknie szalejący riff i jednocześnie absolutnie genialna partia solowa. W cudowny sposób się przenikają tworząc coś spójnego i jednocześnie ze sobą kontrastującego. Absolutnie genialny utwór, a najwspanialsze na tej płycie jest, że żaden z pozostałych nawet o ćwierć milimetra mu nie ustępuje. 

„Monster at the End” zagrany jest z takim polotem, a wokale wybrzmiewają z taką siłą, charyzmą i przekonaniem, że słucha się ich zaciśniętym gardłem. Pod koniec drugiej minuty riff miażdży i pruje, a grająca równolegle partia solowa rzuca na kolana i wbija w ziemię. A Belladonna nie ma żadnej litości. Absolutnie genialny utwór!

„For All Kings” zaczyna się przepiękną partią wokalną, po której wchodzi doskonały riff rozpędzający się i nieszczący wszystko na swojej drodze. Belladona śpiewa w sposób wręcz obłędny, równając się swoim kunsztem z najlepszymi wokalistami w historii muzyki metalowej. Główny riff tego utworu wbija się w głowę z niesamowitą mocą, a przeszywające solo wchodzące w czwartej minucie poraża smutkiem, tęsknotą i żarliwością, która chwyta za gardło jak zawodnik mma zakładający duszenie gilotynowe. 

"Breathing Lightning" zaczyna się niewinnie, ale riff, który wchodzi pod koniec pierwszej minuty urywa głowę. Jeśli to nie jest thrash to ja naprawdę nie wiem co nim jest. I znów ten niesamowity Belladona, który dysponuje taką formą, że chyba nawet jakby nagrał płytę z kolędami to obwołałbym ją arcydziełem. To piąty utwór na płycie, a ja po raz piąty mam ochotę paść na kolana i wbić czoło w podłogę. 4:17 – znów doskonała partia solowa, agresywna, piękna, dobitna, pełna mocy i wigoru. 

"Breathing Out" to klimatyczny, spokojny instrumentalny przerywnik pozwalający zaczerpnąć powietrza przed tym co nas jeszcze czeka. 

Po nich wchodzi – „Suzerain” riffem kruszącym kości! Heavy metal? Dobre sobie – w tych dwudziestu sekundach jest więcej agresji niż na całej ostatniej płycie Megadeth, a gdy Belladonna krzyczy „Nothing is over, nothing is over!” to mi autentycznie robi się mokro w majtach i gdybym był kobietą to z pewnością na koncercie zdjąłbym w tym momencie biustonosz i cisnął nim na sceną niczym Kamila Skolimowska młotem na igrzyskach olimpijskich w Sydney. Przepiękny jest ten utwór i wokalnie i gitarowo – zarówno pod względem riffów, jak i czarujących partii solowych (gitara pod koniec drugiej minuty urywająca się echem, a to co dzieję się pod koniec trzeciej minuty kładzie mnie na plecy ). Najpiękniejsza jest jednak wymowa całość – ten kunszt i mistrzostwo z jakim te wszystkie elementy połączono i zaaranżowano. Gdy ten utwór się kończy to cisza aż krzyczy! Jest tak wymowna i przejmująca, że aż czuję ciarki na plecach. To jest właśnie ten moment – gdy trochę żartobliwie, ale jednak trafnie, o płytach wybitnych nieraz mówią, że na nich nawet przerwy między utworami są lepsze niż same utwory u konkurencji. 

"Evil Twin"- czy da się zagrać bardziej thrash metalowo niż na początku tego utworu? Belladonna przybiera manierę narratora snującego opowieść, ale napięcie rośnie i po minucie i piętnastu sekundach osiąga absolutnie cudowny stan, gdy ten piękny śpiew góruje nad gitarową chłostą, a same riffy są jak wygłodniałe dobermany trzymane przez silną rękę na mocnej smyczy. I ten kąśliwy riff rozpoczynający się pod koniec drugiej minuty, albo ta partia solowa wybrzmiewając na jego tle pod koniec trzeciej! Coś niewiarygodnego. To są te najspanialsze momenty w najlepszych płytach jakie stworzono w historii tego gatunku. 

Po nawałnicy „Blood Eagle Wings” zaczyna się spokojnie i stonowanie by po chwili nabrać ciężaru, z którym kroczy w nieśpiesznym tempie podkreślającym majestat i piękno. „Darkness in my soul is taking hold and becoming Break me from this hold as I unfold blood eagle wings” - czy wspominałem już, że Belladonna jest niedoścignionym mistrzem i nigdy wcześniej nie śpiewał tak dobrze? Tak. Możliwe, że to tym już mówiłem. 
W czwartej minucie wchodzi rasowy thrashowy riff, a a głos Belladonny nabiera drapieżności i determinacji. Partia solowa na początku piątej minuty jest przepiękna – i tu również w świetny sposób wybrzmiewa na tle riffu (od 4:02 do 4:16), a to co robi gitara solowa od 4:33 to właśnie jeden z tych momentów, który sprawia, że za każdym razem gdy słucham tego krążka to nie potrafię o nim myśleć inaczej niż jako o płycie wybitnej. 

To są dokładnie te same emocje, które przed laty wzbudzali we mnie giganci gatunku. To jest ten ogień, który nigdy nie zapłonął w thrash metalowych zespołach młodego pokolenia. Utwór kończy się delikatnym i pięknym wyciszeniem, które „Defend / Avenge” rozrywa jak błyskawica przecinając niebo podczas wiosennej burzy. Prosty selektywny rwany riff milknący jakby w niedopowiedzeniu, wspaniała partia perkusji budująca napięcie i … thrashowa jazda do przodu. I znów ten Belladonna, który tym swoim głosem jak dzwon okrywa te trashowe riffy mamiąc niektórych słuchaczy pozorną łagodnością tego krążka. Defend avenge! - jest moc przeokrutna, partie gitarowe w połowie trzeciej minuty są znów piękne i wyrafinowane, a aranżacje wokalne nietuzinkowe i mistrzowsko wykonane. Riff pod koniec czwartej minuty jest piękny, a gitara która wchodzi na przełomie piątej czaruje i zachwyca.

"All of Them Thieves" zaczyna się ciężkim selektywnym riffem, a Belladonna znów roztacza swój wokalny majestat jakby nie istniały dla niego żadne granice i prawa fizyki. Tu muzyka gotuje się jak smoła w kotle, a gdy Belladona krzyczy "All of, all of them thieves, All of, all of them thieves" to mi znów miękną kolana i omdlewają ręce. Co za siła! Co za przytłaczająca moc i charyzma! No i to doskonałe przyśpieszenie w połowie czwartej minuty, przeradzające się w thrash metalową młóckę zagraną z polotem i finezją! All of, all of them thieves ! No prawie łzy mam w oczach jak słyszę zakończenie tego kawałka! Mistrzostwo!

„This Battle Chose Us” z pięknym basem na początku, w który wchodzi doskonały krwisty thrash metalowy riff. Tnie żyły nie w poprzek ale wzdłuż - jak zardzewiała, ale wciąż ostra żyletka. Dwunasty utwór na płycie i jej napięcie nie spada nawet na sekundę. Ten kawałek równie dobrze mógłby ją otwierać, mógłby być singlem, mógłby mu towarzyszyć teledysk – albo mógłby być na płycie tylko on, a i tak warto byłoby ją zakupić. Od początku do końca zabójczy utwór (ach, ten riff z partią solową w połowie czwartej minuty – pokażcie mi, który thrash metalowy zespół gra dziś z takim polotem, z taką energią? Może Overkill momentami, może Exodus czy Death Angel w przebłyskach? Ale kto utrzymuje taki poziom przez całą płytę? Tylko Anthrax.

No i na koniec „Zero Tolerance” z dość niewinnym początkiem, po którym nabiera tempa, a riff, który wchodzi pod koniec pierwszej minuty jest wielkim brudnym środkowym paluchem w kierunku tych, którzy twierdzą, że na tym krążku jest mało thrashu, że jest zbyt melodyjny i brakuje mu gitarowej chłosty. Ten utwór to huragan, thrash metalowe tornado, które nie tylko wyrywa drzewa z korzeniami, ale pochłania całe miasta! Uwielbiam!
 Ale wtedy następuje najgorsza rzecz od czasu gdy włączyłem ten album. Kończy się... Waham się czy włączyć ponownie, ale jednak rezygnuję. Wstaję ciężko i ruszam z kierunku szafy z winylami. Teraz odpalę z czarnego krążka, bo najwspanialsze płyty wymagają najwspanialszego nośnika.



Pisząc tekst korzystałem nie tylko z ostatniej płyt ANTHRAX, ale także z biografii Scotta Iana, która okazała się bardzo interesującą i wciągającą lekturą. Nie piłem alkoholu i nie zażywałem narkotyków :) 

4 komentarze:

  1. Ale się kolega uzewnętrznił... ;) Nie znam ostatnich płyt ANTHRAX, po prawdzie najnowsza, którą słyszałem w całości to "Sound of white noise". Nigdy nie byłem ich fanem, brakowało mi w tym mięcha, nie trafiali w te struny co trzeba, nie nadawali na tych samych częstotliwościach itd. Zachęcony opisem wysłuchałem "In the end" z poprzedniej płyty i... doceniam własny styl, poziom aranżacji, bogactwo riffów, dojrzałe wokale, ale... to nie mój klimat. Ostatnim kilku nagraniom OVERKILL i EXODUS jednak zdecydowanie bliżej do tego co określiłbym doskonałym thrashem granym przez weteranów. Chciałem również sprawdzić chociaż intro i pierwszy kawałek z ostatniej płyty, ale znalazłem tylko wersje koncertowe na których nic nie słychać.
    Jak się tak dobrze zastanowić to żadnego tytułu bohaterów powyższego wpisu nie katowałem równie mocno co "Attack of the Killer B's". Ta kompilacja w pierwszej połowie lat 90. jakoś wyjątkowo celnie utrafiła w moje potrzeby.

    Może autor napisałby coś na temat debiutanckiego mini albumu spółki SHERMANN/DENNER? To jest właśnie idealny przykład starzenia się z klasą/drugiej młodości gigantów. Od kilku tygodni nie mogę się oderwać - te 21 minut przesłuchałem już pewnie ponad sto razy. Za tydzień wychodzi pełnoczasowy debiut, którego oczekuję z dużymi nadziejami i niecierpliwością.

    OdpowiedzUsuń
  2. A tu krzepiąca dla fanów informacja:
    http://www.blabbermouth.net/news/scott-ian-there-will-be-more-anthrax-records/

    Z poniższego newsa: "In a 2015 interview with Overdrive, Ian said that the writing process for "For All Kings" didn't start until 2012. He explained: "We were out on the road in America on the [Rockstar Energy Drink] Mayhem tour and then back [in Europe] with MOTÖRHEAD near the end of that year. Charlie stayed home from that tour, because that's when his hand really started to become a problem, so that whole time he was home, he was working on the new material. Then in early 2013, when Frank [Bello, bass], Charlie and I got together in the jam room in my house, that's when the official writing really started for this new album."

    Kto wie jak dużo fani ostatniego krążka zawdzięczają problemom z ręką Charlie'ego Benante... : )

    OdpowiedzUsuń
  3. Podpisuje się obiera ękami pod tym tekstem :). Świetna płyta i dobra książka

    OdpowiedzUsuń
  4. Sama prawda, to mowilem ja, Triceps

    OdpowiedzUsuń