piątek, 10 czerwca 2016

CHAOS MOON: Muzyka gasząca światło

Nazwa CHAOS MOON gdzieś mi się obiła o uszy, ale sama muzyka dotąd się nimi nie wlała i nie zainfekowała mojego umysłu. Aż do czasu gdy dotarło do mnie ostatnie MCD Amerykanów, wydane w tym roku przez naszą rodzimą Hellthrasher Production


Z funeral doom metalem jest różnie – nie przekreślam tego gatunku, ale bywa, że jego przedstawiciele w najlepszym przypadku nie trafiają na mój odpowiedni nastrój, a w najgorszym, po prostu śmiertelnie nudzą. Gdy spotykam się z zespołami z tej szufladki stylistycznej zachowuję więc daleko idącą ostrożność, by nie powiedzieć – nieufność.

Amerykański black funeral

CHAOS MOON z tego gatunku wyrasta, ale twardą, pustą i ascetyczną funeral doomową pustkę użyźnia black metalową powłoką, która targa emocjami słuchacza niczym wzburzone fale morskie tratwą, zbudowaną ze spróchniałych desek, będących pozostałością rozbitego statku.
Za zespół odpowiedzialny jest Amerykanin, Alex Poole - znany także z projektów takich Esoterica, czy Krieg. Początkowo CHAOS MOON był projektem jednoosobowym - teraz wokalnie wspomaga go Eric Baker, który dzierży także mikrofon w bliżej mi nieznanym Manetheren.
Materiał wydany przez Hellthrasher Production, w stosunku do ubiegłorocznego MCD „Amissum” sygnowanego przez sam zespół, został wzbogacony dwoma utworami. W efekcie z czteroutworowego MCD zrobił nam się regularny album o długości bliskiej godzinie lekcyjnej. Z tym, że nie jest to lekcja nudna, podczas której głowa opada nam na ławkę, a wzrok mimowolnie kieruje się ku tarczy zegara.

Na lądzie

„Amissum” to lekcja pełna uniesień i wewnętrznego napięcia, które dusi nas jak spazmatyczny szloch, który nie chce się wyrwać z krtani podczas pogrzebu ukochanej osoby. W ponad ośmiominutowym utworze tytułowym, mrok wylewa się jak nagła ciemność podczas zaćmienia słońca – nie jest to jednak mrok nieprzenikniony i czerń absolutna. Przypomina bardziej bezkresną wędrówkę po świecie tonącym w odcieniach głębokiej szarości, której drapieżne cienie niczym konary suchych drzew szarpią nasze włosy i odzież, podczas gorączkowej ucieczki z gęstego lasu, pochłanianego przez rozpędzoną ścianę ognia. Podoba mi się dobrze wyważone brzmienie i przejmująca ekspresja wokalna, w której wściekłość i rozpacz spleciono nutką zadumy i refleksyjnego smutku.

W wodzie

Kolejne trzy utwory - „Resurrection I-III” wciągają nas w swój mroczny klimat powoli i stopniowo. Zanurzanie się w tych dźwiękach bardziej przypomina powolne wchodzenie do morza niż skok na główkę w rwący nurt rzeki. I właśnie niczym fale morskie nas ta muzyka unosi. Najpierw tylko nieco tracimy równowagę, gdy woda wymywa piasek pod naszymi stopami, a później z każdym krokiem mamy coraz mniej siły by przeciwstawić się napływającej fali, aż do momentu gdy tracimy grunt pod nogami i dajemy się ponieść potężnemu żywiołowi, jak ta spróchniała tratwa, o której wspomniałem na wstępie.

W powietrzu

„To Transcend The Spine”, z dzikim i histerycznym krzykiem tonącym w mglistej i mrocznej melodii przywodzi mi na myśl atmosferę debiutu In The Woods, a "Illusions of Dusk And Dawn" osacza duszną i lepką konsystencją, z której melodyjne i przestrzenne riffy wyłaniają się niczym dziki krajobraz ostępów leśnych po opadnięciu porannej mgły.
Podoba mi się na „Amissum” to, że mimo niezwykle klimatycznego wydźwięku, ani przez moment nie traci mocy i nie zionie nudą. To nie jest muzyka, która porywa gdy jesteśmy w niewesołym nastroju – ona sama ten nastrój kreuje, nie trzeba jej słuchać w nocy przy zgaszonym świetle i zaciągniętych zasłonach. Ona sama światło gasi i te zasłony zaciąga nawet gdy świeci słońce, a błękit spokojnego nieba podpowiada, że to nie odpowiedni czas na takie dźwięki. Bo nie sztuką jest nakarmić głodnego czy napoić spragnionego, ale ten głód wzniecić, a pragnienie wywołać.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz