poniedziałek, 6 czerwca 2016

DARK FUNERAL: W piekle jak w domu

Uśmiechnąłem się gorzko pod nosem gdy kilka miesięcy temu po raz pierwszy zobaczyłem okładkę „Where Shadows Forever Reign”. Wyglądała trochę jak klon debiutu DARK FUNERAL. Niby inna, ale jednak taka sama. Lub jak kto woli – niby taka sama, ale jednak inna. Bardzo podobnie jest z muzyką na tym krążku


Nigdy bym się nie spodziewał, że będę wyczekiwał nowej płyty DARK FUNERAL. Po świetnym debiucie, który wydali w 1996 roku (kto wie czy to nie był najlepszy rok dla drugiej fali black metalu) ten zespół nie nagrał już nic, co wzbudzałoby we mnie większe emocje. Ostatni raz z takim utęsknieniem czekałem na ich nową płytę w 1998 roku, mając nadzieję, że będzie godną kontynuatorką poprzedniczki. Niestety „Vobiscum Satanas” boleśnie mnie rozczarowała – niby stylistyka została zachowana, ale brakowało tego jadu i napastliwej nieustępliwości, która cechowała „The secrets of the black art”. Późniejsze płyty Dark Funeral też mnie nie przekonywały. Owszem, było to granie, które nie schodziło z pewnego, dość przyzwoitego poziomu, ale nie takie, do którego chciałoby się wracać, nie takie, które sprawia, że serce zaczyna bić mocniej.

Sprytny marketing po chudych latach

Po „Angelus Exuro pro Eternus” stwierdziłem, że sobie już Szwedów odpuszczę i naprawdę przestało mnie interesować czy oni wciąż jeszcze istnieją i czy planują nową płytę. Przypomniała mi o nich książka o szwedzkim black metalu – dowiedziałem się, że mają jakieś problemy z wytwórnią i zaangażowali się w żmudny i długoletni proces sądowy. Czy pomiędzy kolejnymi wokandami da się jeszcze wskrzesić diabła i nagrać album na miarę debiutu? Szczerze w to wątpiłem. W swoich wątpliwościach posunąłem się dalej. Zacząłem się zastanawiać czy ich debiut nie zrobił na mnie wrażenia ponieważ ukazał się we właściwym czasie i trafił do mnie, gdy byłem w chłonnym, młodzieńczym jeszcze wieku. Czy dziś muzyka tego typu byłaby w stanie mnie porwać i pochłonąć?
Jednak okładka planowanej płyty, mimo że rozbawiła to jednak zaintrygowała. Zapowiadający ją utwór wywołał nie tylko miłe uczucie nostalgii, ale i przekonanie, że trzeba tej płycie dać szansę. Gdy usłyszałem drugi kawałek niespodziewanie zacząłem na ten album czekać – z taką niecierpliwością, że zrobiłem preorder i odliczałem dni do premiery. Dokładnie tak jak w 1998 roku gdy czekałem na „Vobiscum Satanas”, a w dniu premiery kasety wyruszyłem do Dziupli 2 i schwyciłem ją w łapska z łapczywością Kubusia Puchatka, który właśnie zdobył baryłkę miodu. 

Ogień płonie, dym bucha

Gdy dziś do mnie przyszła paczka z płytami, a wśród nich nowe działo DARK FUNERAL niespodziewanie okazało się, że muszę wyjść z domu by pojechać do Wielkiej Płyty po moje ostatnie płytowe zamówienie. Premierowego odsłuchu dokonałem więc w samochodzie. Rozkręciłem głos prawie na pełen regulator i ruszyłem....
Album startuje utworem „Unchain My Soul” - zaczyna się niewinnie z demoniczną deklamacją w tle, ale riff który wchodzi w 37 sekundzie sprawił, że serce podeszło mi do gardła i mimowolnie wcisnąłem mocniej pedał gazu. Świetne brzmienie gitar, bardzo dobrze brzmiąca perkusja i wokalnie, zdecydowanie najlepiej od czasów debiutu. Caligula był tylko poprawny, Heljarmadr, który krzyczy również w GRA ma charyzmę i ten diabelski sznyt, który wpasował się w DARK FUNERAL idealnie. W utworze otwierającym album mamy kwintesencję stylu DARK FUNERAL – agresja, intensywność i melodyjność. Wszytko to jednak zagrane z pasją, ociekające jadem, determinacją i wściekłością. Właśnie za to pokochałem ten zespół i dwadzieścia lat później okazuje się, że wciąż można kochać black metal grany w taki sposób.
„As One We Shall Conqer” również zaczyna się ciężko i powoli, ale gdy przyśpieszył to z głośników samochodowych prawie buchnęły mi płomienie i już chciałem dawać po hamulcach i chwytać za gaśnicę. Świetny kawałek, który pomimo swojej intensywności ani przez chwilę nie gubi warstwy melodycznej i piekielnego, jadowitego klimatu, którym emanuje z ogromną siłą i wielkim dostojeństwem. No cholera, aż mnie ścisnęło w przełyku przy tym kawałku. Za takim Dark Funeral to ja dwadzieścia lat tęskniłem, nawet nie zdając sobie sprawy ze swojej tęsknoty.
„Beast Above Man” również wpisuje się w schemat – budujące klimat wolniejsze rozpoczęcie, a później gwałtowne przyśpieszenie. Nie czuję się jednak znużenia – chłonie się każdy dźwięk, a intensywność i szybkość tej muzyki ani przez moment nie zlewa się w ścianę dźwięku i nie gubi melodii, która jest obecna dokładnie w takim samym stężeniu jak na debiucie.
Trochę inny klimat ma najdłuższy na płycie „As I Ascend”. Zaczyna się odgłosem bijących dzwonów, a później wolną i klimatyczną gitarą, nad którą krzyk Heljarmadra góruje niczym gniewny głos kruka szybującego nad lasem. Pewnie to zabrzmi idiotycznie – ale ten utwór to taka black metalowa ballada – klimatyczna, podniosła, patetyczna, wzniosła. Przełamuje intensywność płyty, jeśli wcześniej moje głośniki chciały płonąć to przy tym kawałku zaczęły buchać czarnym, gęstym i gryzącym dymem.
„Tempe of Ahriman” znów pokazuje bardziej klimatyczną twarz Dark Funeral, który zamiast chłostać płomieniami i polewać rozpuszczoną smołą snuje mroczną i piękną opowieść, budując ponurą atmosferę i upiorny klimat. Jeśli przechodzi do bardziej intensywnego grania to z taką płynnością, że zupełnie sobie tego nie uświadamiamy.
Na „The Eternal Eclipse” powracają do szybszego tempa, by po 53 sekundzie klimatycznie zwolnić, a w drugiej minucie opętać słuchacza melodyjnym riffem. Łączą intensywność i klimat, ścianę ognia z czarnym dymem, który zawłaszcza przestrzeń zwiewnym tańcem i elegancją ruchów.
„To Carve Another Wound” jest agresywny, jadowity i znów niezwykle melodyjny – nie przytłacza intensywnością i gęstością grania. Bardzo dobrze zaaranżowany utwór i ze świetną perkusją.
„Nail Them To The Cross” w wersji singlowej nie pozostawił po sobie większego wrażenia. W album wkomponował się idealnie – jadowity, szybki, wściekły, bezkompromisowy i z nieco stonowanym, demonicznym refrenem i urozmaiconymi (jak na Dark Funeral) partiami wokalnymi.
No i na koniec „Where Shadows Foreves Reign”, który znów przywodzi na myśl klimat debiutanckiego krążka. Szybkie, melodyjne gitary, intensywna i gęsta gra perkusji, wokalizy ociekające jadem jak pysk rozwścieczonego węża.

Godny następca debiutu

Podsumowując – podobnie jak okładka, muzyka na „Where Sahadows Forever Reig” nawiązuje do debiutanckiego albumu, ale bardziej formą niż treścią. Nie będę wartościował, bo debiut to płyta, z którą spędziłem pewnie setki godzin – prawdziwy klasyk i dzieło ponadczasowe – z nowym krążkiem dopiero się zapoznaję. Mam jednak wrażenie, że „The Secrets...” była płytą bardziej dziką i bezkompromisową i to nie dlatego, że dziś nie szokuje to co szokowało kiedyś. Nowy album Szwedów wydaje się przystępniejszy, przyjaźniejszy – lub jak kto woli – bardziej urozmaicony i dojrzalszy. Czy lepszy? Pewnie nie, ale lepszy niż wszystko co DARK FUNERAL zrobili po nagraniu debiutu. Boję się tylko, że ta łatwiejsza przyswajalność może sprawić, że z czasem wyda mi się zbyt oczywista, a przez to nie tak zajmująca. To jednak już pieśń przyszłości.
Tu i teraz uważam, że warto po ten krążek sięgnąć. Fanom Dark Funeral spodoba się na pewno, tym, którzy lubią tylko debiut zapewne też, ale sądzę, że ta płyta może nawet trafić do ludzi, którzy nigdy za tym zespołem szczególnie nie przepadali uważając, że to monotonne, jednowymiarowe i mało urozmaicone granie. Dla mnie wielkie zaskoczenie i nadspodziewanie dobry album.

2 komentarze:

  1. Dla mnie debiut to płyta, która poza świetnym utworem tytułowym nie ma praktycznie nic do zaoferowania. Może jeszcze aura spowijająca dźwięki w "Shadows over Transylvania" i ostatnim kawałku. W tych momentach udało się Szwedom przykuć moją uwagę i sprawić, że śledziłem to co wydobywa się z głośników. Według mnie dwójka i "Diabolis Interium" są lepszymi albumami. Nieznacznie, ale zauważalnie. Również dzięki wspomnianemu przez Ciebie wokaliście. Koleś nie drze po prostu mordy jak jego poprzednik. On zdmuchuje chrześcijańskie osady z powierzchni ziemi. Gardło ze stali, płuca jak miechy kowalskie, a struny głosowe hartowane w ogniu piekielnym.
    Na tych dwóch płytach mamy też o wiele porządniejsze brzmienie, o wiele mniej monotonii, o wiele bardziej przekonujące konstrukcje aranżacyjne. Wreszcie ma to jakieś ręce i nogi. "Ineffable King of Darkness" i "The Arrival of Satan's Empire" to najlepsze kawałki zespołu. Nie zmienia to faktu, że od dawna do obu płyt nie wracam.
    Późniejszych nie znam.

    OdpowiedzUsuń
  2. A to tam jest nowy wokal? Zastanawiałem się co tak skrzeczy. :)

    OdpowiedzUsuń