czwartek, 2 czerwca 2016

DEICIDE: Szatan spotkany nad jeziorem

Bez wątpienia debiut DEICIDE jest dziełem ponadczasowym, płytą wybitną i absolutnie przełomową. Nie da się dziś w pełni oddać słowami czym był dla mnie DEICIDE, gdy pierwszy raz dźwięki z ich debiutu wylały ze słuchawek do moich uszu. To były nie tylko ekscytacja i zachwyt. To był lęk. Prawdziwy lęk, który sprawił, że zadrżały mi nogi i zacząłem się zastanawiać czy ja w tej muzycznej ekstremie oby nie posunąłem się za daleko. Czy przypadkiem nie otworzyłem drzwi, które zawsze powinny być zamknięte? 


Byłem jeszcze w podstawówce. Podczas obozu harcerskiego, w jakimś mazurskim miasteczku wydałem na kasety wszystkie pieniądze, które dostałem od rodziców na lody, picie i inne wyjazdowe potrzeby.
Gdy wpakowałem do walkmana taktowską kasetę "Deicide" i rozpoczął się ten album dosłownie poczułem się jakby właśnie rozstąpiła się ziemia i wyszedł z niej sam diabeł. Inne zespoły metalowe mniej lub bardziej dosadnie tylko o nim wspominały, a dopiero za sprawą DEICIDE poczułem oddech rogatego na twarzy.
Pamiętam jak dziś. Lato, bezchmurne niebo, słońce, jezioro. Stoję na pomoście, patrzę jak znajomi pluskają się w wodzie i słuchając DEICIDE czuję jak włosy jeżą mi się na głowie, a nogi zaczynają drżeć. Obłędne riffy, bezlitosna sekcja rytmiczna i ten głos: Lunatic of God's creation! No resist! Hear the voices of devastation”. A jak zaczęło się „Sacrificial Suicide” to aż mi się słabo zrobiło. Nogi zmiękły mi w kolanach, poczułem ucisk w żołądku i przykucnąłem. Było pewnie ze trzydzieści stopni ciepła, a ja miałem gęsią skórkę na całym ciele. Usiadłem i drżałem jakbym przed chwilą wyczołgał się z przerębla.
I "Oblivious to Evil" – a Benton jak wąż wygnany z rajskiego ogrodu, jak upadły anioł, uosobienie skrajnego zepsucia, zła i deprawacji. Byłem zachwycony i przerażony zarówno tym co słyszałem, jak i swoją własną ekscytacją. Poczułem się jakbym słuchając tej płyt popełnił zbrodnię – jakby zło zaklęte w tych dźwiękach zainfekowało mnie i właśnie starało się przejąć moją duszę. Gdy Benton zaczął krzyczeć Dead by dawn! Dead by dawn! Dead by dawn! - nie miałem już wątpliwości, że właśnie sprzedałem duszę diabłu. Ja naprawdę nie widziałem co robić? Słuchać dalej czy wrzucić walkmana do jeziora i uciekać do lasu zanim szatan opęta mnie całkowicie i utracę nad sobą kontrolę.
Dziś żaden zespół metalowy, żadna muzyka nie może zabrzmieć aż tak ekstremalnie jak wówczas w moich uszach zabrzmiał DEICIDE. Słuchając tej płyty czułem autentyczny strach, to było czyste zło, które budziło odrazę, a jednocześnie przyciągało obietnicą czegoś nowego i fascynującego. To było coś więcej niż mocne gitary, miażdżące riffy i obłędny growling. DEICIDE był namacalnym dowodem na istnienie szatana.
Pamiętam, że wielu moich kumpli, którzy death metalu zaczynali słuchać w podobnym czasie przez DEICIDE nie przeszli. Mówili, że im się nie podoba, ale ja wiem, że oni się po prostu bali. Bali się, że DEICIDE stanowi granicę pomiędzy muzyką a obłędem, pomiędzy brutalnym przekazem, a brutalnością. Bali się, że słuchanie DEICIDE nie uczyni ich fanami "złej muzyki", ale sprawi, że sami staną się "źli".
Ja też się bałem, ale chciałem nie tylko patrzeć w tę otchłań, ale pozwolić jej by patrzyła we mnie. Od tamtej pory minęło ponad 20 lat - nikogo nie zamordowałem (choć parę razy miałem na to ochotę), czasu wolnego nie poświęcam na samookaleczenia i składanie ofiar ze zwierząt. Nie wypaliłem sobie krzyża na czole, a synowi nie dałem na imię Demon.
Jestem z siebie dumny - ujarzmiłem bestię, a dziś słuchając "Deicide" już się nie boję. Słyszę doskonały, genialny album death metalowy nagrany z pełnym oddaniem, determinacją i szczerością. Pełen powalających riffów i wspaniałych harmonii, wypełniony obłędnymi klasykami, bez żadnych słabszych momentów. Album kompletny i nieskazitelny. Absolutna czołówka death metalu, a być może w ogóle najlepszy album w tym gatunku?

4 komentarze:

  1. Czytam ten artykuł i widzę siebie, gdy pierwszy raz usłyszałem ten album. Różnica była taka, że słuchałem go u dziadka na wsi. Byłem przerażony do tego stopnia, że zerwałem słuchawki z uszu, ale po chwili jakaś siła kazała mi je założyć z powrotem. Wcześniej czytałem recenzję w Thrash'em All, słuchałem wtedy Altars of Madness i Leprosy, ale Deicide mnie zmiażdżyło totalnie. Pozdrawiam \m/

    OdpowiedzUsuń
  2. heh, mam podobnie, o zupełnie nieznanym mi zespole przeczytałem w którymś z tych wczesnych Trasz'emoli w formacie A5, był tam pamiętam tekst o wyprawie samolotem do dalekiej Ameryki na koncert DEICIDE. Dzo dziś nie wiem czy to była relacja, czy fantazja piszącego a nie chce mi się szukac tego pisma, ale nazwę sobie dokładnie zapamiętałem. jakiś czas później dostałem od kolegi przegraną kasetę - ta muzyka mnie zmiotła z powierzchni ziemi!!!! Kolejny czas później zobaczyłem oryginalną okładkę płyty - znów mną telepnęło, ale pełne telepnięcie nastąpiło gdy w podziemnym distro zamówiłem tłumaczenia tekstów zespołu.... te trzy elementy, muzyka z debiutu, okładką i teksty, stworzyły pełną całość amerykańskiego bluźnierstwa....

    OdpowiedzUsuń
  3. tak, jesli ktos przezyl debiut Deicide, to to cale zamieszanie zwiazane z tzw. true Black Metalem bylo niczym amatorskie jaselka... z jednej strony czlowiek jest dumny, ze dane mu bylo tego doswiadczyc, z drugiej smutno, bo nic podobnego juz nie powstanie....

    OdpowiedzUsuń