środa, 8 czerwca 2016

MEGADETH: W cieniu potężnego KORNA

Wczorajszą wyprawę do Łodzi mogę uznać za udaną. Zobaczyłem największą nadzieję polskiego heavy metalu, headbanging ze Świata Wayne'a, Ładne Melodie z Gdańska, wielkie gwiazdy rocka, których nikt nie zna oraz MEGADETH, który mimo upływu lat wciąż działa jak dobrze naoliwiona maszyna do szycia powalających riffów i haftowanie imponujących solówek.


Perspektywa zobaczenia Megadeth i Korn była dla mnie mało zachęcająca. Lubię ekipę Rudego, a ich wczesne płyty wręcz uwielbiam – nie chciało mi się jednak jechać w środku tygodnia do innego miasta, by po raz kolejny zobaczyć Megadeth i to jeszcze w roli supportu. Ostatecznie jednak wybrałem się ze względu na moją żonę, która Megadeth lubi, a nigdy wcześniej nie miała okazji ich zobaczyć. A to rodziła jakieś dziecko, a to była chora, a to dziecko było chore – wiadomo, kobiety zawsze wymyślą jakieś bzdurne wytłumaczenie, żeby na koncert nie pójść. Tym razem wszyscy zdrowi, dzieci porodzone – nadszedł odpowiedni czas.
Z Kornem mam trochę jak z pornografią dziecięcą – nie tyle jest mi obojętny, co napawa mnie obrzydzeniem, a samych twórców prałbym po pyskach. Różnica jest tylko taka, że w odróżnieniu od wspomnianej pornografii do Korna wielokrotnie próbowałem się przekonać. Ostatnią heroiczną próbę podjąłem na kilka tygodni przed wczorajszym koncertem. Niestety te skakane radosne riffy i płaczliwa maniera wokalisty, którego chce się spoliczkować i krzyknąć mu w twarz: „Weź się w garść! Bądź mężczyzną!” - sprawiły, że znów poległem. Trochę się z tego cieszę, bo to zawsze kilka płyt mniej do kupienia. Z drugiej stron,  nie wiem czy to nie oznaka tego, że się starzeję i w pewnym momencie przestałem być czuły na młodzieżowe rytmy. Wcześniej zawsze byłem otwarty na okołometalowe dźwięki i zanim nastała era numetalu z mniejszym lub większym entuzjazmem przyjmowałem wszelkie innowacje i próby wyrwania się z metalowej sztampy.

Rumcajs poleca merch

Wróćmy jednak do łódzkiego koncertu. Do Atlas Areny ludzie schodzili się leniwie i niezbyt licznie, co mimo wczesnej pory nie wróżyło dużej frekwencji. I rzeczywiście – nawet w momencie szczytowym, kiedy wychodziłem w przerwie między Megadeth i Korn, hala wypełniona była może w jednej trzeciej.
Zanim ze sceny rozległy się pierwsze dźwięki, powędrowałem do stoiska z merchem w nadziei na zakup płyt Sixx:A.M., których twórczość dotąd udało mi się tylko obwąchać w internecie. Niestety jedyne płyty, jakie były dostępne to albumy naszego Scream Maker, który jak się okazał, miał poprzedzić koncerty zagranicznych gości. Koszulki, bluzy, chusty w cenach barbarzyńskich – płacąc 120 zł za niespecjalnej urody T-shirt Megadeth czułbym się jakby mnie Rumcajs w Rzacholeckim Lesie ostrzelał żołędziami, a później zabrał sakiewkę i konia. Raz zdarzyło mi się kupić koszulkę w cenie kurtki zimowej – na koncercie Motorhead, ale tamta była przynajmniej ładna. Wmawiałem sobie wówczas, że droga, bo jakość kosztuje. Niestety nadruk popękał po pierwszych praniach jak lód na stawie podczas wiosennych roztopów.

Świat Scream Maker'a

Jako pierwszy zagrał Scream Maker – to nieślubne dziecko Iron Maiden i Helloween z najmniej ciekawego okresu, porusza się po scenie heavy metalowej z wdziękiem Benny Hilla w Jeziorze Łabędzim. Mają jednak przy tym taką determinację i marketingowy rozmach, że są jak heavy metalowy Behemoth i publika zdaje się im wierzyć, że oni grają dobrze i po swojemu. Mnie nie przekonali, moja żona była zadowolona. Zresztą nie tylko ona – z niedowierzaniam patrzyłem na dwóch młodych metalowców, którzy wyglądali jakby zostali żywcem wyjęci z filmu „Świat Wayne'a” i machali głowami przez cały koncert,  z takim zapamiętaniem jak Rocco Siffredi biodrami na planie swojego nowego filmu.
Pomijając dźwiękowe „patataje”, które płynęły ze sceny – zespół prezentował się bardzo żywiołowo, a biegający na bosaka wokalista okazał się całkiem niezłym frontmanem. Moja małżonka co prawda nie przyłączyła się do headbandingu świata Wayne'a ale była tym Scream Maker zauroczona i po koncercie stwierdziła, że ich radość grania była bardziej przekonująca niż krzywy uśmiech i lekko zblazowana postawa Mustaine'a. Wytłumaczyłem jej, że to przez Metallicę – bo on kiedyś u nich grał na gitarze - tamci są dziś mega gwiazdami, a on musi grać przed Kornem. Chyba zrozumiała. Mam nadzieję, że nie wpadnie na pomysł by kupić płytę Scream Maker. Na wszelki wypadek wyprowadziłem ją innym wyjściem, by nie mijać stoiska z merchem.

Ładne Melodie

Po największej nadziei polskiego heavy metalu miał wystąpić Sixx:A.M. Poszliśmy na kawę i z daleka widzieliśmy jak zespół wychodzi na scenę. Byłem ciekaw, bo te fragmenty ich twórczości, które dotąd udało mi się obadać były nad wyraz obiecujące. Przełknąłem kawę, a oni zaczęli. Mało kubek nie wypadł mi z ręki.
- Dlaczego oni na żywo brzmią tak tragicznie? - pomyślałem. A na dodatek wyglądają jak Janusze, którzy na chwilę wstali od grilla zorganizowanego przy okazji wędkowania i przebrali się w młodzieżowe ciuchy. Szukam na scenie Nikkiego Sixxa i zaczynam się uspokajać. To nie mogą być oni. Rzeczywiście nie byli – wystąpił jakiś niezapowiedziany polski zespół grający pokraczną mieszankę rocka, numetalu, prostackich riffów groove, które miejscami próbowały był skoczne niczym Rage Against The Machine. Próbowały to nie znaczy, że były. Nie mieli żadnego loga (Scream Maker miał piękne i połyskujące), pytałem kilka osób cóż to za kapela, ale okazały się nad wyraz niekompetentne, bo jedno dziewczę o aparycji ekspedientki stacji benzynowej wyraziło przypuszczenie, że „to chyba Megadef”.
Nie tylko ja byłem ciekaw tej nazwy bo z pierwszych rzędów ludzie zaczęli krzyczeć „Jak się nazywacie?” Frontman – nazwijmy go Januszem – lekko się żachnął na taki idiotyczne pytanie i powiedział, że nazywają się „Ładne Melodie”. Na koniec gitarzysta wrzasnął, że są z Gdańska i nazywają się Czen... czef... nie zrozumiałem. W każdym razie uważajcie jak będziecie przejeżdżać przez Gdańsk. Nie muszę chyba dodawać, że mojej żonie się ich występ podobał? (przynajmniej częściowo)


Amerykański blichtr

Po Ładnych Melodiach przyszła kolej na Sixx:A.M. Zespół Nikkiego Sixxa, znanego niektórym z Motley Crue (taki amerykański Scream Maker – tylko, że grali lepiej i inaczej). Nie jest to pewnie najlepszy zespół na świecie, ale muszę przyznać, że przy naszym rodzimych kapelach wypadli jak modele prezentujący nowe garnitury Armaniego przy Jurandzie ze Spychowa stojącym na bosaka (czy to przypadek?), w worku pokutniczym, przed krzyżackim zamkiem. Polot, charyzma, profesjonalizm. 

Gdyby Sixx:A.M. grali trzydzieści lat temu i bylibyśmy w Los Angeles a nie w Łodzi, to właśnie oni byliby gwiazdami tego koncertu, a hala pękałaby by szwach. Ci faceci gwiazdorstwo mają we krwi, a talent do pisania wpadających w ucho piosenek wręcz wybitny. Przed koncertem przesłuchałem tylko po razie ich dwie płyty, a pod sceną czułem się jakbym znał ich twórczość od wielu lat. Wymalowany i wytatuowany gitarzysta wskakiwał na głośniki i czarował finezyjnymi partiami solowymi, Sixx biegał po scenie z basem, a wokalista w białej marynarce i ciemnych okularach śpiewał i wydawało się, że uśmiech nawet na chwilę nie schodzi mu z twarzy. A jaki facet ma głos! Aż kolana miękną w niektórych momentach. I podoba mi się w nich to, że nie jadą na żadnych starych sentymentach, nie serwują stadionowego hard rocka dla podtatusiałych rockmenów. Ich muzyka jest na wskroś nowoczesna i bijąca taką energią i testosteronem, że stojąc pod sceną prawie czułem jak mi rosną wąsy. Dobrze, że erekcji nie miałem bo zrobiłoby się niezręcznie. 

W dobie internetu, braku MTV i braku zasobnym portfeli wytwórni płytowych Sixx:A.M. pewnie wielkiej kariery nie zrobią. A jeśli jakąś zrobią to pewnie nie u nas, bo w Polsce takie zespoły (no może z wyjątkiem Gunsów i Aerosmith) nigdy nie cieszyły się większym uznaniem.

Magadeth! Megadeth! Megadeth!


No i na koniec (dla mnie) – Megadeth. Widziałem ich po raz czwarty czy piąty i muszę przyznać, że to jeden z najrówniej grających zespołów. Na żywo nie są wybitni, ale bardzo dobrzy i posiadają coś, czego 99,99 proc. zespołów nie posiada. Absolutnie zabijające, klasyczne utwory, które jednym riffem zdzierają skalpy. I od nich zaczęli! Tak na dzień dobry, zanim Rudy przywitał się z publiką poleciały „Hangar 18”, „Wake Up Dead” i „In My Darkest Hour”, a ja wpadłszy w kuc-pogo porzuciłem wszelkie wątpliwość o tym, czy moja obecność na tym koncercie jest słuszna. Mustaine jak zwykle nie przesadzał z konferansjerką, całkowicie skupiony na grze i śpiewie, z tym swoim krzywym botoksowym uśmieszkiem aprobaty dla aplauzu pomiędzy utworami. Brzmieniowo spisali się dobrze, instrumentalnie znakomicie, wokalnie nieźle. 
Zagrali pięć kawałków z nowej płyty, w tym, chyba najbardziej żywiołowo przyjęty „Dystopia”. Było „Sweating Bullets” i „Symphony of Destruction” z „Countdown To Extinction” oraz „She-wolf” i „Trust” z „Cryptic Writings” (szkoda, że nie „Secret Place”). 
Nie była to set lista marzeń – ja bym wolał mniej z ostatniej, moja żona chciałaby coś z „Youthansia”. Wszystkich się nie zadowoli – szczególnie jeśli ma się do dyspozycji ograniczony czas i tylko trzynaście czy czternaście utworów. Na bis zagrali „Holy Wars...” a wcześniej „Peace Sells” więc opuszczałem halę w dobrym nastroju, choć krokiem dość energicznym w obawie by nie zaczął grać Korn i mi go nie zepsuł. 


1 komentarz:

  1. Mam nadzieję że mała ilość osób nauczy organizatorów że festynów nie robi się we wtorki tylko w SOBOTY!!!

    OdpowiedzUsuń