sobota, 4 czerwca 2016

MORTHUS: Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy

Debiut MORTHUS „Over The Dying Stars” świadczy o muzycznym postępie, jaki zespół zrobił od czasów MCD „The Abyss”. Gdybym był ich nauczycielem muzyki to pewnie poklepałbym ich po plecach. Niestety jako słuchacza edukacyjny rozwój zespołu mnie nie interesuje – liczy się tylko efekt końcowy, a ten niestety niespecjalnie do mnie przemawia


Z MORTHUS po raz pierwszy zetknąłem się w ubiegłym roku, gdy grali przed INFERNAL WAR. Miałem na nich baczenie, bo jeden kolega wspominał, że to dobrze zapowiadająca się kapela, a drugi poprosił mnie nawet bym mu kupił ich debiutancki MCD. Tego wieczoru zespół nie przekonał mnie na żywo – ot black metal z melodyjnymi partiami gitar i poprawnym wokalem, ale nic czego by się chciało słuchać dłużej niż trzy minuty.
Po raz drugi zobaczyłem ich przed koncertem CHRIST AGONY. Miałem wrażenie, że zrobili postęp, a ich muzyka nabrała większego rozmachu. Nie przekonali mnie do końca, ale pomyślałem sobie, że może kiedyś coś z tego zespołu będzie.
Minęło kilka miesięcy i słucham właśnie ich debiutanckiej płyty „Over The Dying Stars” wydanej przez Witching Hour. Słucham i bez bicia muszę przyznać – zupełnie nie przekonuje mnie ten materiał.

Duch bez ducha

Owszem, słychać, że zespół robi postępy, w ich muzyce więcej się dzieje, ale zdecydowanie czegoś mi brakuje. Słucham już trzeci raz i za bardzo nie potrafię wskazać czego. Przy pierwszym przesłuchaniu nie do końca przekonało mnie brzmienie – jakieś takie twarde, suche i bezduszne. Przy drugim uznałem, że zdecydowanie najsłabszym punktem tej płyty są wokale – niby poprawne krzyki balansujące między black i death metalową manierą, ale nie niosące za sobą emocji, szaleństwa i „pierwiastka zła” - jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. W niektórych miejscach wydają mi się za bardzo schowane, a jeśli nie, to na pewno pozbawione wyrazu i przekonania – choćby w „Unholy Cult of The Ancient One”, który rozpoczyna się fajnym, budującym napięcie riffem, a warstwa wokalna zamiast emocje podsycać, gasi je i rozmywa.
Przy trzecim przesłuchaniu doszedłem do wniosku, że muzyka jest właściwie podobna do tych wokali – jej forma wydaje się właściwa, ale treść bezbarwna i miałka. I nie chodzi tu o brak oryginalności, bo przecież nie raz mi się zdarza zachwycać płytami, które niosą ze sobą nie tylko masę oczywistych nawiązań i inspiracji, ale wręcz sypią „cytatami”.
MORTHUS zarzucić tego nie mogą, bo choć surowiec, z którego zbudowali swój album od dawna wykorzystywany jest do wznoszenia black/death metalowych konstrukcji, to absolutnie nie odnoszę wrażenia, że swój debiut zbudowali na gotowych podzespołach.

W zeszycie dobrego ucznia

Słuchając choćby takiego „Revelation Hunt” czy „Hate & Pride” muszę przyznać, że to fajnie zaaranżowane i przemyślane utwory. Cóż z tego jednak skoro nie wywołują większych emocji i nie chce się ich słuchać ponownie? Na uwagę zwraca także najdłuższy na płycie „Chant of the Blazing Breath”, w którym wolne, klimatyczne i monumentalne partie mieszają się z melodyjnymi przyśpieszeniami. Niestety poza tym, że muzycy zdradzają w nim ambicję wychodzenia poza schematy melodyjnego death/black metalu, niewiele z tego wynika. Ja przynajmniej nie potrafię się nim zachwycić. Nie porywa mnie też melodyjny „Sons of Black Fire”, który chyba w zamierzeniu ma być porywający i zachęcający do szaleństwa.
Nietzsche stwierdził, że trzeba czytać to co krwią pisane. „Pisz krwią, a dowiesz się, że krew jest duchem.” 
MORTHUS nie pisze krwią, lecz czarnym atramentem, który nie sączy się z otwartej rany lecz z eleganckiego pióra. Ich debiut przypomina starannie prowadzony zeszyt dobrego ucznia – równe pismo, żadnych skreśleń, wszystko wzorcowo i pod linijkę. To oczywiście godne pochwały i uznania, ale odnoszę wrażenie, że ich muzyka jest zbyt wyrachowana, sztuczna i pozbawiona prawdziwych emocji. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz