środa, 29 czerwca 2016

SEPUKULTURA: Samba po brazylisku

„Schizophrenia” podbiła moje młodociane serce i przez kolejne ćwierć wieku stała się wierną towarzyszką życia. Na „Beneath the Remains” poszli o krok dalej, a na „Arise” osiągnęli apogeum thrash metalowego grania. Jednak to „Schizophrenia” pozostanie dla mnie płytą szczególną – dziką, drapieżną, nieskalaną światowym trendami i amerykańskim brzmieniem. Kocham ten album za tę specyficzną egzotykę i wyjątkowość, za coś co – jak się później okazało, było immanentną cechę brazylijskiej sceny metalowej drugiej połowy lat osiemdziesiątych.


- A o zespole Sepukultura słyszałeś? - zapytał kumpel zrzucają mi z drzewa dużą żółciutką papierówkę. Schwyciłem jabłko w locie, ugryzłem i rozciągnąłem się na trawie. Był sam środek lata, właśnie zrobiliśmy sobie przerwę w meczu i tradycyjnie piliśmy wodę z kranu, który znajdował się na zewnątrz szkoły i objadaliśmy się jabłkami. Nasze przyszkolne boisko właściwie nie istniało – to był duży plac porośnięty trawą, którą sami musieliśmy kosić, a słupki od bramek robić z patyków.
- Sepukultura? Pierwsze słyszę! Co oni grają?
- Thrash, a właściwie to nawet death metal – odpowiedział kolega zeskakując z drzewa i siadając koło mnie. - Na koncertach są ponoć niesamowici. Mówi się, że to zespół na miarę Slayera.
- Poważnie? Są aż tak dobrzy? - zapytałem bez przekonania.
- To nowe pokolenie zespołów metalowych – odrzekł kumpel odganiając osę, która zaczęła niebezpiecznie blisko krążyć wokół jego jabłka. - Będą wielcy jak Metallica.
- To polski zespół?
- No coś ty, w Polsce nie ma aż tak dobrych zespołów. Oni są z Brazylii!
- Pierdolisz! Przecież w Brazylii nikt nie gra metalu. Tam tylko samba jest.
- Oni są z Brazylii – powtórzył kolega, przestając jeść jabłko i wpatrując w pozostałych chłopaków, którzy zaczynali gromadzić się na boisku.
- Ale ich nazwa jakoś tak po polsku brzmi – zauważyłem.
- Sepukultura to pewnie po brazylijsku coś znaczy. Wiesz, jak „capoeira” - odpowiedział kolega.
- Przestańcie już pierdolić o tych mózgotrzepach! Gramy! - krzyknął z boiska jeden z kumpli.
Zerwaliśmy się na równe nogi.
- Są aż tak dobrzy jak Slayer? - nie mogłem uwierzyć.
- Są jeszcze lepsi. Sepukultura to genialny zespół. Niszczą wszystkich! W Stanach wszyscy oszaleli na ich punkcie.
- A śpiewają po angielsku czy po brazylijsku? - moja ciekawość została rozpalona do granic możliwości.
- Nie wiem – odparł kolega. - Nigdy ich nie słyszałem, ale opowiadał mi kolega, że jego kolega czytał gdzieś o nich. Albo ktoś czytał i mu mówił.

Jakoś mi tego dnia nie poszedł mecz. Piłka uciekała, ciężko było trafić do bramki, a próby dryblingów kończyły się stratą. Na domiar złego zjadłem za dużo jabłek, które popite kranówą wzburzyły mi się w żołądku i mecz skończyłem w pozycji narciarza w tej części boiska, na której nie wykosiliśmy wysokiej trawy.

Następnego dnia wyciągnąłem resztkę zaskórniaków, wsiadłem na rower i udałem się do pobliskiego miasteczka szukać kasety Sepukultury.
- Subkultura? Coś słyszałem o takim zespole, ale kasety nie mam – rozłożył ręce pierwszy zapytany sprzedawca.
- Sepukultura – poprawiłem zdegustowany. - Cholerni amatorzy, za grosz nie znają się na muzyce – pomyślałem i prowadząc rower zacząłem przeciskać się w kierunku dalszych straganów z płytami. Tfu! Kasetami! Jedyne płyty z jakimi wtedy miałem do czynienia, to płyty chodnikowe i to też rzadko, bo chodników w moich okolicach było niewiele. Stragany to też za dużo powiedziane. Kasety zwykle sprzedawano z kartonów zostawionych na składanych stolikach, albo łóżkach polowych. Na naszym bazarku było wszystko – od warzyw i ubrań, aż po środki czystości i części samochodowe. Skwar, kurz, smród, gwar i język polski raz po raz mieszający się z językiem rosyjskim. Na dodatek jakieś disco polo, które z każdym krokiem stawało się coraz głośniejsze, ale mimo że raniło uszy to zwiastowało, że zbliżam się do kolejnego stoiska.

- Ma pan jakąś kasetę Sepukultury? - zapytałem kolejnego sprzedawcę. Młody, szczupły w dżinsowych dekatyzowanych piramidach i w białych golfie z podwiniętymi rękawami. Trudno dziś w to uwierzyć ale do tego nosił brązowe sandały i białe skarpety.
- Sepultury! - poprawił mnie przytomnie, obnażając w uśmiechu, żółte krzywe zęby. Wyglądał jak koń, który właśnie je cukierka tofi.
Zawahałem się.
- Są lepsi niż Slayer! - wypaliłem jakby to miało przybliżyć obiekt mojego zainteresowania.
- Tak! Takie mózgotrzepy! Napierdalają tak, że mało mi głośniki z łóżek nie pospadały jak na chwilę włączyłem – odpowiedział sprzedawca i wyciągnął w moją stronę rękę z... różową kasetą. Różowa kaseta od dyskomuła w białym golfie. Wziąłem ją w dwa palce, jakby mi podano kawałek zużytego papieru toaletowego. Spojrzałem na okładkę - w obrzydliwym różu okienko, a w okienku koleś, który był podobny do małego plastikowego Indianina, którym kilka lat wcześniej bawiłem w piasku przed domem. W tle coś, co przypominało skrzyżowanie mapy z krowim plackiem. Nie byłem pewien czy to mapa Brazylli, skłonny byłem postawić na to drugie.
- Napierdalają? - upewniłem się.
Dyskomuł pokiwał głową.
- Możemy włączyć? - zapytałem. - Nie jestem pewien czy to zespół, o który mi chodzi.
- Nie ma mowy – odparł gość z krzywymi zębami.
Nerwowymi ruchami podciągnął jeszcze bardziej rękawy swojego białego golfa.
- Kupuj, albo spierdalaj! - zakomunikował, a swą propozycję poparł wyrazem twarzy będącym połączeniem uśmiechu z grymasem bólu. - Za chuja nie chcę tego usłyszeć ponownie! To najgorszy syf jaki w życiu słyszałem!

Czy potrzebowałem większej rekomendacji? Muzyka, która jest postrachem dyskomuła nie może był przecież zła. Odliczyłem żądaną kwotę, wsadziłem sobie kasetę do kieszeni i ruszyłem do domu. Przez całą drogę pędziłem z szybkością peletonu kolarskiego. Wpadłem na podwórko rzuciłem rower na ziemię i pognałem do pokoju rodziców by dokonać premierowego odsłuchu na magnetofonie mojego ojca, którego na szczęście akurat nie było w domu.
Wrzuciłem kasetę do decka, włączyłem radio, które robiło za wzmacniacz. Przewinąłem od początku. Dresiarz nie kłamał, rzeczywiście kilka obrotów taśmy przesłuchał. Podkręciłem głos, zatrzeszczały głośniki.

I usłyszałem dźwięk – chyba skrzypiec, jak mi się zdawało. Tak przerażający, że mimo upału poczułem na plecach zimny dreszcz. A później ten krzyk – najpierw gdzieś w oddali, zbliżający się z każdą setną sekundy, pełen ekspresji, gniewu i zwierzęcej siły. Krzyk, który sprawił, że włosy stanęły mi dęba, jakbym wsadził spocone paluchy do gniazdka elektrycznego. Byłem pewien, że ten gość krzyknął coś po brazylijsku.
I ta gitara! Ten absolutnie powalający riff, który zatrzymał mi pracę serca i sprawił, że krew przestała krążyć w żyłach. Uderzenia perkusji bez żadnej litości, bez żadnego kompromisu. Zwolnienie i jazda! Wokal apokaliptyczny, agresywny, ale pełen emocji, przejmujący i chwytający za gardło.

Cudowne przejścia, cudowne riffy, obłędna partia solowa i ten fenomenalny pogłos – choćby gdy Max krzyczy: „Distorted and wounded!” - oczywiście nie wiedziałem wtedy kto i co krzyczy, ale byłem pozamiatany. Nie słyszałem jeszcze kunsztu aranżacyjnego i wszystkich smaczków, które wychwytywałem podczas kolejnych dziesiątek i setek przesłuchań, ale potencjał tego krążka krzyczał i szarpał mnie tak mocno, że nie miałem wątpliwości, że Sepukultura tfu! Sepultura jest zespołem wielkim.
Gdy po „From the Past Comes the Storms” zabrzmiała cisza, to słyszałem tylko bicie swojego serca, które przypominało odgłos serca królika uciekającego przed wilkiem. A gdy zaczął się „To the Wall” to prawie popłakałem się ze szczęścia i miałem ochotę wsiąść na rower, wrócić na bazarek i uściskać sprzedawcę w białym golfie. Ten utwór był obezwładniający! Niewiarygodny pod każdym względem – riffów, solówek, wokali (ten szept) – wszystko było nieludzko brutalne, ale jednocześnie tak wyważone i kunsztownie poukładane, że szukając analogii rzeczywiście można było pomyśleć o Slayer. Choć Sepultura była inna – cięższa, potężniejsza – emanowała nie tylko agresją, ale jakimś takim południowoamerykańskim temperamentem, szamańskim transem i energią dzikich ludzi, którzy niby grają na instrumentach i latają samolotami, ale jakby trzeba było zamieszkać w dżungli i upolować tygrysa to bez trudu by sobie z tym poradzili.

„Schizophrenia” podbiła moje młodociane serce i przez kolejne ćwierć wieku stała się wierną towarzyszką życia. Na „Beneath the Remains” poszli o krok dalej, a na „Arise” osiągnęli chyba apogeum thrash metalowego grania. Jednak to „Schizophrenia” pozostanie dla mnie płytą szczególną – dziką, drapieżną, nieskalaną światowym trendami i amerykańskim brzmieniem. Kocham ten album za specyficzną egzotykę i wyjątkowość, za coś co – jak się później okazało, było immanentną cechę brazylijskiej sceny metalowej drugiej połowy lat osiemdziesiątych.

Wtedy naprawdę wyobrażałem sobie, że ten zespół tworzy kilku bosonogich obdartych dzikusów, którzy jakimś cudem zaczęli grać na instrumentach i przenosić cały swój gniew i z frustrację na muzykę. Wyobrażałem sobie, że bieda i ciężkie warunki życia tworzą równie sprzyjające środowisko do powstawania dobrej muzyki metalowej, jak do rozpowszechniania się chorób zakaźnych i robactwa. Przypominał mi się jakiś film dokumentalny o Pele i niemal widziałem tych biednych chłopaków jak robią sobie gitary z drzewa palmowego i struny z trzciny cukrowej.
Nie miałem pojęcia, że bracia Cavalera pochodzą z bogatej rodziny, która żyje w nieporównywalnie lepszych warunkach niż ja i moi rówieśnicy a Polsce Ludowej. Nie miałem pojęcia, że mój dostęp do muzyki jest śmieszny w porównaniu z możliwościami tych Brazylijczyków. Nie wiedziałem, że synowie dyplomaty i ambasadora z szerokimi kontaktami na całym świecie nie muszę wcale przechodzić drogi od pucybuta do milionera i w połączeniu z pracowitością, talentem i pomysłem na rozwój swojej muzyki (inna kwestia, że w pewnym momencie nie było mi z nim po drodze), wkrótce podbiją cały świat i staną się jedną z najważniejszych kapel metalowych na świecie, przyczyniając się do powstania nowego podgatunku, którego nigdy nie będę w stanie zaakceptować i pokochać. Ale to już na inną opowieść.

5 komentarzy:

  1. Miałem tą kasetę, ten różowy kolor zwiastował coś mocnego. Później kupiłem CD z Troops Of Doom z płyty Morbid Visions jako bonus. Maria, przez Ciebie staję się sentymentalny. Chyba posłucham dzisiaj Schizophrenii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja właśnie przez niego słucham, hehe

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo fajnie..ale..lekkosci pióra nie mozna Ci odmówić:) jeśli kolega(obeznany w temacie zna Slayer,to jest w stanie przeczytać Sepultura).chyba że wybitny ułom.Możliwe że po papierówkach:)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja ekstremalnego metalu zacząłem słuchać od arise na headbangers Ball. Miałem opad szczeny. Znałem metallice, faith no more megadeth Guns N roses ale to było coś niesamowitego coś lepszego.
    Svartalvheim.

    OdpowiedzUsuń