wtorek, 14 czerwca 2016

ULCER: Sprawdzian trzeciej płyty

Przyjęło się, że trzecia płyta to pierwszy poważny sprawdzian dla zespołu. Albo czuć na niej zmęczenie materiału, albo powiew świeżości i duże aspiracje na przyszłość. ULCER swoją trzecią płytą „Heading Below” udowodnił, że nie tylko jest na fali wznoszącej, ale na jej szczycie


Gdy po drugiej płycie ENTOMBED A.D. włączyłem sobie ostatni album ULCER to poczułem jakbym chapsnął kęs świeżego steka po wcześniejszym zjedzeniu czerstwej bułki z mortadelą. O ile dzieło Szwedów w pierwszej konfrontacji wydaje się całkiem fajne, ale później z każdą minutą napięcie siada, a w połowie ma się ochotę ten krążek wyłączyć – tak z „Heading Below” mam dokładnie odwrotnie. Początek wydaje mi się mało ekscytujący, ale z każdą kolejną minutą ta płyta rośnie, aż do momentu gdy wybrzmi ostatnia sekunda i chce się ją włączyć ponownie. O ile na „Dead Dawn” wszystko jest proste, selektywne i oczywiste – tak w przypadku „Heading Below”, mimo pewnej przebojowości tego krążka jest w nim sporo intrygujących i oryginalnych elementów, które docenia się dopiero po kilku przesłuchaniach.

Cóż ja wyprawiam? Zestawiam klasyków gatunku, z zespołem, który na fundamentach tego gatunku swoją tożsamość dopiero buduje? Tak. Bo uważam, że w muzyce nie ma świętości. Jest z nią tak samo jak na bokserskim ringu – nawet najbardziej utytułowany bokser może nadziać się na potężny podbródkowy młodzika, który rozciągnie go na deskach, jak czerwony dywan pod drzwiami limuzyny.

Pierwszej płyty lubelskiego ULCER już nie pamiętam. Druga wydała mi się solidnym krążkiem, ale nic ponadto. Słuchając „Heading Below” nie mam wątpliwości, że to najbardziej dojrzały, najbardziej przemyślany i najoryginalniejszy krążek tej kapeli. Fundamenty tego grania stanowią jednocześnie ściany szwedzkiego podpiwniczenia, ale to co z nich wyrasta swoim kształtem i charakterem ramy gatunkowe, jeśli nie przełamuje, to na pewno w jakiś sposób poszerza. Podoba mi się duszna i demoniczna atmosfera tej płyty – mam wrażenie, że nad death metalowym ULCER unoszą się black metalowe chmury, z których pada obfity czarny deszcz, wsiąkając głęboko w ziemię i zalewając tę szwedzką piwnicę. Do tego mamy sporo potężnych, miażdżąco ciężkich zwolnień, które do tej mokrej piwnicy dorzucają nieco doom metalowych kamieni. To wszystko miejscami oświetlone jest podniosłą – nieco symfoniczną atmosferą (choćby w wieńczącym album, monumentalnym „Enshrouded in Nothingness”), czy nieco teatralną atmosferą grozy (początek „Miscarriage's Lullaby”, który kojarzy mi się z Cradle Of Filth z czasów swojej świetności).
Ta muzyka jest jednocześnie brutalna i klimatyczna, intensywna i gęsta. Jej monolit rozbijają zarówno nośne riffy jak i partie solowe, z których niektóre wygrywane są z takim rozmachem i polotem, że nie są jak powiewająca bandera, lecz potężny żagiel, który staje się główną siłą napędową.
Wokalnie jest świetnie – zarówno ze strony wiodących partii Angelfucka jak i Sonneillona. Gdybym miał coś zmienić to może bym je trochę bardziej wyeksponował, by ich ekspresja i siła bardziej zdecydowanie i bezwzględnie przytłaczały muzyczną tkankę.
Podsumowując - ULCER nagrali bardzo dobrą płytę, która absorbuje uwagę na zdecydowanie więcej niż kilka przesłuchań. Ba, powiedziałbym, że po kilku przesłuchaniach przygodą z tą płytą dopiero się zaczyna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz