piątek, 8 lipca 2016

Maria Konopnicka umiera, rodzi się Music Amok

Coś się kończy, coś się zaczyna. Powoli będę wyciszał stronkę mariakonopnicka.pl. Moje teksty będziecie mogli znaleźć na stronie musicamok.pl (łatwo zapamiętać "musica" i "miejski ośrodek kultury") :)


Myślę, że nowa strona będzie przyjemniejsza dla oka, estetyczniej wykonana i bogatsza w treść. Obok tekstów o metalu pojawi się trochę rzeczy związanych z moimi pozametalowymi fascynacjami muzycznymi, trochę publicystyki na wszelakie tematy, a od czasu do czasu też jakieś opowiadanie - wyssane z miętowych cukierków. 

Stronka jest jeszcze w fazie uzupełniania archiwalnych tekstów - w niedalekiej przyszłości zmieni trochę swój układ, ale już zaczynają pojawiać się na niej nowe teksty, których nie wrzucam już tutaj. 
Idea papierowego zina, o którym wspominałem na facebooku wciąż żyje i powoli zaczyna się krystalizować, nie tylko w mojej głowie, ale pewnie także w głowach tych, którzy zgłosili chęć współpracy.
Na stronce musicamok.pl zapowiada się sporo publikacji i wywiadów - nie tylko mojego autorstwa. Żeby nie robić bałaganu – facebookowy profil Maria Konopnicka będzie utrzymany i jak dotychczas będę się na nim chwalił płytami i odsyłał do swoich tekstów :)
Natomiast na nowym facebookowym profilu Music Amok będziecie mieli zajawki do wszystkich nowości pojawiających się na stronie, zarówno pisanych przeze mnie, jak i innych. Tam też będzie pojawiało się więcej o muzyce stylistycznie wykraczającej poza metal, a także trochę różnych tekstów z muzyką niezwiązanych - np. o diecie bezglutenowej, pielęgnacji brody lub zdejmowaniu z paznokci lakieru hybrydowego. No! :) Spokojnie! Jaja sobie robię :)

Jak możecie polubić, udostępnić i pomóc w promocji musicamok.pl to będę wdzięczny za wsparcie. 

czwartek, 7 lipca 2016

DEATH SS: Stary kicz, przypudrowany elektroniką

Czym się różni DEATH SS z lat osiemdziesiątych od DEATH SS z 2016 roku? Przede wszystkim muzyką – bo estetyka ociekająca kiczem i sztuczną krwią, wciąż pozostaje ta sama, choć nie taka sama. Przeobrażenie DEATH SS przypomina remake starego horroru, oglądanego w okularach 3 D, w Multipleksie. Cóż z tego, że pierwotna wersja sprzed lat była pozbawiona efektów specjalnych i odtwarzaliśmy ją z podłej jakości kasety VHS? Oglądając ją czuć było klimat, a cień sunący po ścianie napawał większym lękiem niż fajerwerki komputerowych efektów specjalnych, który odbijają się od nas jak deszcz od przedniej szyby rozpędzonego samochodu

I tak trochę jest z „Ressuraction” – ostatnią jak dotąd płyta Włochów, wydaną w 2013 roku. Estetyka kiczowatego horroru została zachowana, ale Steve Sylvester postanowił swój przekaz unowocześnić i uwspółcześnić – dodając sporo industrialnych wtrętów, a prostymi mechanicznym graniem wypierając klasyczne wzorce, którymi się przed laty ten zespół inspirował. W efekcie mniej w tej muzyce Alice Coopera, a więcej skojarzeń z ostatnimi poczynaniami Mortiis. Jako wielki fan DEATH SS najpierw zupełnie przegapiłem tę płytą, a później przez dłuższy czas bałem się jej kupić. Ciekawość jednak pokonała zniechęcenie, gdy zupełnie przypadkowo natrafiłem na jeden z teledysków ilustrujących utwór z „Ressuraction”. Ten kawałek wydał mi się na tyle dobry, a tęsknota za czymś nowym DEATH SS, że pośpiesznie krążek zakupiłem.

Zakupiłem i nie żałuje, bo niespodziewanie okazuje się, że to nie jest aż tak zła płyta jakby się mogło na pozór wydawać. To album nie dla wszystkich – metalowych purystów z pewnością odstraszą elektroniczne bity, żeńskie wokalizy i przebojowy sznyt utworów, nawiązujący do spuścizny amerykańskiego grania, z czasów gdy długowłosi muzycy byli w stanie zapełniać stadiony.

„Ressuraction” jest płytą nierówną, ale im dłużej się jej słucha tym wypada lepiej. Zaczyna się utworem „Revived”, który kojarzy mi się z ostatnimi dokonaniami Mortiis (który z kolei przywodzi na myśl dokonania Marylin Mansona z czasów „The Golden Age of Grotesque”). Elektroniczny bit, rytmiczna gitara i zdecydowane krzyczane wokalizy. Lubię Mortiis, lubię Mansona więc nawet mi się podoba – tyle, że Death SS mamy tu niewiele.

„The Crimson Shrine” znów ma elektroniczny sznyt ale dla odmiany o nieco gotyckim odcieniu, nieco przywodzącym TIAMAT z okresu „Deeper Kind Of Slumber”. Gdy w tle zaczyna zawodzić niewiasta większość starych fanów kapeli prawdopodobnie otwiera już kieszeń odtwarzacza, wyjmuje płytę i niczym ożywiona rzeźba Myrona ciska ją przez uchylone okno. Ja jednak wytrzymałem bo deklamacje niewiasty miło skojarzyły mi się z Cradle Of Filth i ich najlepszym materiałem „Vempire” z 1996 roku.

No i od trzeciego utworu jest lepiej – „The Darkest Night” to niezwykle przebojowy utwór nawiązujący do złotych czasów Death SS. Nawet mamy tu zamaszyste solo gitarowe, a głos Sylvester znów jest zadziorny, jadowity i pełen rockowej, nieco perwersyjnej charyzmy. W tle słychać krzyki przerażonej kobiety, klawisze budują napięcie – wreszcie mamy horror – oczywiście tani, tandetny i kiczowaty, ale czego można było spodziewać się kupując płytę z taką okładką.

A później „Dionysus” – mroczny, stonowany z chwytliwą melodyką i lekko gotycko-industrialnych chłodem. Kicz i tandeta koszmarna, ale o dziwo ten koszmar mi się podoba, bo ma w sobie jakąś lekkość i polot.

„Eaters” zaczyna się rytmicznym, wyrazistym riffem, w który również niczym drzazga za paznokieć wbija się elektroniczny bit. Ten kawałek ma sobie coś z atmosfery zlotu czarownic, ale nie na łysej górze lecz na wiejskim odpuście. I gdy znów zaczyna narastać zniechęcenie do płyty, zaczyna się „Star in Sight” – przebojowy, hiciarski , porażający prostotą i niewyszukanymi środkami wyrazu. Ma jednak jakiś pazur, coś co sprawia, że nóżka się tupie.

„Orge’s Lullaby” rzeczywiście zaczyna się jak kołysanka, ale taka z horroru, w którym pozytywka sama zaczyna grać, a nagły powiew wiatru otwiera stare okiennice i zaczyna spazmatycznie szarpać firanką. Gdy do tego dochodzą głosy zza światów, a mantryczny riff rozpoczyna swój ciężki pochód robi się naprawdę klimatycznie – jak na DEATH SS przystało.

Początek „Santa Muerte” brzmi jakby dobiegał ze starej szafy grającej – riff świdruje, a Steve Sylvester krzyczy w nonszalanckim i nieco teatralnym tonem. Ten kawałek nie jest szczególnie przebojowy – wydaje się wręcz chaotyczny i bałaganiarski. To znów jeden z tych fragmentów płyty, które ma się ochotę przewinąć. Kto wie, czy to w ogóle nie najgorszy kawałek na tym krążku.

„The Devil’s Graal” zaczyna się akustyczną gitarą, w którą wchodzi ciężki i mroczny riff. Steve Sylvester snuje swą ponurą opowieść z wielkim zaangażowaniem, przekonaniem i determinacją. Mamy tu też zamaszystą partię solową i gniewne zakończenie.

„The Song of Adoration” to najdłuższy utwór na płycie – powoli się zaczyna i powoli buduje napięcie niczym ścieżka dźwiękowa do jakiegoś filmu. Gitary grają tak jakby gitarzyści cięgnęli ostatkiem sił i za chwilę mieli zamilknąć na wieki . W tym wszystkim dość urokliwie brzmi nieco oniryczny wokal Sylvestra. Gdzieś tam pod koniec przemyka jakaś dłuższa partia solowa. Ale to nie na wiele się zdaje. Długi i dość męczący utwór, który w założeniu miał budować jakiś klimat, ale mnie specjalnie nie wciągnął.

„Precognition” próbuje zrekompensować dynamikę swojego poprzednika. Niby to się udaje, bo gitary grają z większą ikrą. Cóż jednak z tego skoro zabrakło pomysłu na dobry riff, a uporczywie powracająca melodia refrenu, wpada jednym uchem, a drugim wypada. Pod koniec mamy dynamiczne solo, które nadaje trochę dramaturgii, ale do końca nie ratuje tego dość przeciętnego kawałka.

Zamykający płytę „Bad Luck” ma fajny rockowy drive, kojarzący mi się z płytą „The Eyes of Alice Cooper” i całkiem zamyka ten nierówny krążek.

Nie wiem ilu nabywców znalazła „Resurrection”, ale przypuszczam, że w naszym kraju tej płyty mogło się sprzedać dosłownie kilka sztuk. Death SS nie cieszyło się u nas nigdy specjalną popularnością, a ten krążek trudno z czystym sumieniem polecić nawet najbardziej zagorzałym fanom tej formacji. Mi się kilka kawałków na tej płycie podoba – gdyby zamiast godziny trwała 30-40 minut to uznałbym, że to całkiem przyzwoity krążek. Oczywiście w kategoriach kiczu, tandety i skrajnego obciachu – robionego celowo, dla przekory i z dystansem. Tylko dla koneserów – nie fanów, lecz fanatyków DEATH SS.



wtorek, 5 lipca 2016

DELIRIUM: Holenderskie walce z efektownym przyśpieszeniem

DELIRIUM to holenderski zespół death metalowy, który postawił po sobie dwie demówki i jedyną pełną płytę o dźwięcznym tytule „Zzooouhh” . Ten album po dwudziestu sześciu latach, które minęły od jego premiery wciąż broni się znakomicie


W tym roku za sprawą hiszpańskiej Memento Mori wyszła wspaniale wydana dwupłytowa reedycja „Zzooouhh”, wzbogacona o dwie demówki oraz materiał koncertowy zarejestrowany w Belgii w 1991 roku. DELIRIUM z upływem lat nie straciło nic ze swojego oldschoolowego, potężnego i mrocznego brzmienia. Ich death metal cechują miażdżące, ciężkie, doom metalowe zwolnienia wprowadzające dużo przestrzeni, budującej ponury klimat. W szybszych fragmentach nie brakuje porywających riffów i świetnej rytmiki. Elementy death i doom metalowe przenikają się tak zgrabnie i w odpowiednich proporcjach, że płyta ani przez chwilę nie wydaje się monotonna.

Delirium jak wino

Na szczególną pochwałę zasługują wokale – obrzydliwe, odpychające, wypluwane z obrzydzeniem, jakby z głębi krtani - nie barwą ale sposobem artykulacji - mogące przypominać dokonania ich rodaków z Asphyx. Muzycznie słychać tu sporo nawiązań do Celitc Frost – choćby w doskonałym doomowym „Floods Of Intricate” czy bardziej gwałtownym „Menace Unseen”. „Zzooouhh” to płyta, której po latach słucha się równie dobrze jak w chwili premiery – a być może, w czasach mody na powroty i muzyczne wycieczki do przeszłości, zaryzykował bym twierdzenie, że nawet lepiej.

Gdy do mnie ten materiał trafił na przegrywanej kasecie w latach dziewięćdziesiątych był tylko niezły, ale nie wytrzymywał porównania z tuzami gatunku holenderskiej sceny. Wówczas byłem zachwycony przede wszystkim Asphyx, Gorefest i Sinister i niewiele więcej poza nimi z kraju tulipanów do mnie docierało. Dziś, gdy nie mogę oderwać się od tego krążka, zaczynam cholernie żałować, że DELIRIUM skończyli grać po tej płycie. Wydaje się, że potencjał tego zespołu był naprawdę spory i kto wie czy w przyszłości nie udałoby im się stworzyć czegoś unikalnego i oryginalnego?

Demówkowe początki, koncertowe wojaże

Cieszą też dodatki – debiutanckie demo „Delirium” z 1988 roku brzmi surowo, ale jednocześnie selektywnie i potężnie. W pierwszych dwóch utworach nie ma doom metalowych pochodów i skrzętnego budowania klimatu – jest szybko, ostro i do przodu. Podoba mi się mocne wyeksponowanie bębnów, a ostre i cięte riffowanie przypomina mi BATHORY z thrashowego okresu, co oczywiście jest zupełnie nietrafione bo Quorthon nagrywał swoje płyty ładne parę lat później. Ciekawe są też wokalizy – nie przypominające jeszcze klasycznego death metalowego growlingu, czasami kojarzące się z demonicznymi krzykami wczesnego Venom, a miejscami wchodząc na wyższe rejestry, mogące przywodzić skojarzenia z Mercyful Fate. No i partie solowe – pełne heavy metalowego rozmachu – ale jednocześnie surowe, agresywne i na swój sposób ekstremalne. Cięższy wolniejszy, dłuższy i bardziej rozbudowany jest trzeci utwór – Beyond the Gates of Afterdark, który później trafił na debiut. Powiedziałbym, że ta demówkowa wersja nie tylko nie ustępuje swojemu płytowemu odpowiednikowi, ale kto wie czy nawet go nie przewyższa ujmując venomowską wulgarnością. Bardzo fajny, świetnie zaaranżowany i urozmaicony utwór.

Na drugim krążku my drugie demo Holendrów „Amputation” wydane w 1989 roku. Brzmienie jest bardziej przytłumione i jadowite – wokalnie mamy już death metal pełną gębą. Na materiał ten składają się cztery utwory, które później znalazły się na debiucie – pewnie w pełniejszym i lepszym brzmieniu – niemniej jednak warto posłuchać ich pierwotnych wersji, emanujących specyficznym, demówkowym urokiem.
Ciekawe są też nagrania koncertowe, wśród których DELIRIUM zaprezentował – a jakże – cover CELTIC FROST - „Circle of the Tyrants”. Jakościowo brzmienie koncertu pozostawia wiele do życzenia – słychać, że to materiał grany na żywo i słychać, że narywany w dość amatorskich warunkach, na początku lat dziewięćdziesiątych. Mocno wyeksponowany został wokal, w drugim rzędzie perkusja – gitary są nieco przytłumione, miejscami zlewając się mało czytelną ścianę dźwięku. Mimo tych mankamentów całkiem przyjemnie się tego słucha – szczególnie gdy zna się doskonale studyjne pierwowzory. Ot, ciekawostka dla największych maniaków. Podoba mi się też ciągłość tego materiału – przywitanie się z publicznością, zapowiedź kolejnego utworu. Zamykam wtedy oczy i staram sobie wyobrazić jakich zatęchły mroczny klubik, w którym właśnie gra DELIRIUM dla garstki długowłosych maniaków, który właśnie schodzą się na główne gwiazdy tego wieczoru, którymi wówczas byli CATHEDRAL i PARADISE LOST. Oj, chciałbym 31 marca 1991 roku być w tym klubie.
Album „Zzooouhh” polecam wszystkim entuzjastom holenderskiego death metalu – potężnego, ciężkiego, potrafiącego w brawurowy sposób przejść z doom metalowego duszenia do death metalowej nawałnicy. Warto sobie po ponad ćwierćwieczu o DELIRIUM przypomnieć, a w przypadku młodszych słuchaczy – uświadomić ich istnienie.

niedziela, 3 lipca 2016

CAPTAIN CLEANOFF: Energia twórców gatunku!

Jako, że nie siedzę, ani nigdy nie siedziałem zbyt mocno w grindzie, nazwa CAPTAIN CLEANOFF obiła mi się tylko o uszy. Z twórczością Australijczyków jakoś nigdy nie miałem okazji się zaznajomić. Na szczęście naprawiłem ten błąd i wczoraj odpaliłem z winyla ich ubiegłoroczny album „Rising Terror”. Odpaliłem i absolutnie oszalałem na punkcie tej płyty! Cóż za obłędnie powalający album! Rewelacja! Takiego grindu to ja mogę słuchać codziennie!

Furia! Dzika furia! - to pierwsze co mi się nasunęło gdy igła mojego adaptera wyssała pierwsze kilkanaście sekund z „Rising Terror”. Te krótkie gwałtowne utwory mają siłę wulkanicznych erupcji, a przy tym są tak zwarte, motoryczne i błyskotliwie zagrane, że momentami aż dech w piesiach zapiera. Efektowne perkusyjne przejścia, masa porywających motorycznych crustowych zagrywek, które sprawiają, że krew gotuje się w żyłach, a z nosa leci para. W tych szybkich, bezwzględnych ciosach wyróżnia się ostatni na płycie – instrumentalny „Threads”, który trwa prawie pięć minut i kroczy w wolnym, monumentalnym tempie, powoli budując mroczny, niepokojący klimat i przygotowując słuchacza do wciśnięcia przycisku „play” i ponownego odsłuchu całości.
Piękne na tej płycie są motywy gitarowe – selektywne, porywające, napędzane perkusyjną kanonadą i dzikimi wokalizami, które raz wchodzą na trochę wyższe – histeryczne rejestry, a innym razem są niższe, cięższe i pełne niemal death metalowej mocy. Przepiękne są perkusyjne przejścia, potężne zwolnienia i te absolutnie szalone przyśpieszenia przywodzące na myśl wyczyny klasyków z Napalm Death, Doom czy Extreme Noise Terror.
Kolejnym atutem „Rising Terror” jest brzmienie – selektywne, potężne i żywe. Nieraz opisując płyty narzekam na to, że nie są oryginalne i niewiele do muzyki wnoszą. Ten sam zarzut teoretycznie można by sformułować pod adresem „Rising Terror”. CAPTAIN CLEANOFF prochu nie wymyślili – grają według klasycznych wzorców oraz sprawdzonej i wypróbowanej receptury. Cóż jednak z tego, skoro ich muzyka brzmi tak świeżo, energetycznie, porywająco i czuć w niej taką radość grania, jakby to oni wyznaczali nowe trendy i tworzyli nowy gatunek.
Na najszlachetniejszym nośniku - „Rising Terror” został wydany przez Fat Ass Records. Przyznam jednak, że po kilkunastu odsłuchach tego krążka szybko zanurkowałem w czeluściach internetu i zamówiłem sobie również na CD – zarówno ten album, jak i poprzedni, oraz wydawnictwo kompilacyjne CAPTAIN CLEANOFF. Sluchanie tej muzyki w samochodzie może być nie lada przygodą. Najlepiej oczywiście nocą – wciskając gaz do dechy i gasząc światła reflektorów.

sobota, 2 lipca 2016

KILL zabija z winyla!

„Kill Them...All” autorstwa Australijskich gindowców z THE KILL to jeden z najmocniejszych strzałów ubiegłego roku. Dziewiętnaście utworów w nieco ponad 25 minut zwiastuje, że panowie nie mają progresywnych ciągotek i improwizatorskich zapędów. Jest prosto, konkretnie i cholernie energetycznie

Grind THE KILL nie ma w sobie nic z wesołkowatego radosnego grania, które wtóruje świńskim kwikom. Australijczykom bliżej do wczesnych dokonań Napalm Death, Doom czy Extreme Noise Terror, choć nie do końca – bo w ich muzyce słychać sporo metalowego grania, a na „Kill Them...All” nie brak momentów, które kojarzą mi się ze wściekłym thrash metalem spod znaku SLAYER.
„Insults” zaczyna się jak huragan, wściekły krzyczany wokal i perkusja okładana z taką furią jakby jej oprawca, za punkt honoru przyjął sobie zdemolowanie naciągów już w pierwszych trzech minutach. Obok grindowych erupcji i punkowej gwałtowności przemyka tu slayerowski riff (po 35 sekundzie), a minutę później nawet partia solowa. Pod koniec fajne, apokaliptyczne zwolnienie z mówionym wokalem w tle.
„Instant Fighter” rzuca się jak wściekły doberman do gardła poszczutej ofiary – bezlitosny, zwarty, selektywny – gitary są jak smagnięcia bata, a perkusja jak ostrzał z karabinu maszynowego. „Heavy Metal Professional” też nie bierze jeńców – szybki, zwarty, konkretny. „Lunch in QLD” na początku jest nieco stonowany, ale przepięknie przyśpiesza, a partie wokalne podnoszą adrenalinę swą napastliwą wściekłością. W kolejnym utworze po słowach „Looking like you give a fuck” znów mi przemyka Slayer z intensywnością swojej najlepszej płyty „Undisputed Attitude”. „Into the Drink mam punkowy drive” i świetną solówkę na zakończenie. Kapitalnym riffem poraża „Public Execution” - w takich momentach ciało aż samo zrywa się z krzesła do kompulsywnego tańca pod sceną. Chwila oprzytomnienia podpowiada jednak, że sceny nie ma – bo przecież nie na koncercie, ale w domu siedzę, a muzyka nie jest grana na żywo, lecz płynie wprost w winylowego krążka.
Cóż za rozrywający serce thrash metalowy riff w „Not the Voice”.
Jest też cover, ale spokojnie – mimo że nie podany na koniec, to absolutnie nie burzy spójności płyty. Wybór chłopaków padł na „The Pulsating Feast” z repertuaru Szwedów z Regurgitate. Tak cudownie ten kawałek wkomponował się w album, że przyznam szczerze, iż po pierwszym przesłuchaniu w ogóle nie dostrzegłem, że przemknęła nieautorska kompozycja.
No właśnie – ta płyta nie leci, nie płynie. Ona przemyka! Utwory są krótkie, ale nie za krótkie. The Kill w doskonały sposób udowadnia jak wiele da się powiedzieć w niespełna dwie minuty. Co ważne – mimo ogromnej intensywności tego albumu, ani przez moment nie czuć znużenia i monotonii. Recepta na takie granie jest prosta – szybka perkusja, gwałtowne riffy i wściekły krzyk. Jednak prosta tylko pozornie – bo grać w tej sposób, a jednocześnie cały czas utrzymywać uwagę słuchacza, to ogromna sztuka.
A przy „Kill Them...All” ta emocjonalna erekcja nie tylko jest podtrzymywana – tu praktycznie każdy utwór kończy się ejakulacją! Cenię zespoły, które poszukują i starają się wypłynąć na nowe obszary. Uważam jednak, że jeszcze większą sztukę jest nagranie tak świeżego i ekscytującego albumu w ściśle ograniczonej i wydawałoby się już do bólu wyeksploatowanej stylistyce. Byłem zachwycony tą płytą, gdy w ubiegłym roku kupiłem ją na CD - teraz gdy po kilkumiesięcznym rozbracie ponownie odpaliłem ją z winyla, czuję jakbym temu wspaniałemu albumowi dał nowe życie,  a on odwzajemniał mi się jeszcze większą radością ze słuchania. Jest moc! Potężna rzecz! 

piątek, 1 lipca 2016

ECTOPLASMA: Solidny debiut

Debiut ECTOPLASMA „Spittings Coffins” brzmi jakby był nagrany w połowie lat dziewięćdziesiątych, co pewnie dla wielu osób będzie dostateczną rekomendacją by po ten krążek sięgnąć. To nieco ponad półgodzinna dawka archetypicznego death metalu, nie popadającego w techniczną ekwilibrystykę i nie próbującego poszerzać ramy gatunku. Warstwa wokalna bliżej Szwecji niż Ameryki. Sama muzyka jednak stylistycznie bardziej przywodzi mi na myśl granie zza Wielkiej Wody niż scenę skandynawską. Zresztą to wszystko złe tropy, bo ECTOPLASMA to zespół z Grecji i nie nagrywała w połowie lat dziewięćdziesiątych, bo powstała przed trzema laty

 

„Spittings Coffins” to solidny debiut. A raczej byłyby solidny – gdyby powstał na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy głód muzyki death metalowej był ogromny i nawet trzecioligowych albumów słuchało się z nabożną czcią, próbując za 3285 przesłuchaniem znaleźć w nim znamiona geniuszu. W ECTOPLASMA geniuszu nie ma – jest poprawność, zarówno brzmieniowa jak i wykonawcza i niestety niewiele ponadto.
Ta muzyka jest gęsta, dość matowa i aranżacyjnie siermiężna. Od czasu do czasu pojawi się jakiś bardziej chwytliwy riff, ale nie jest to ani nic szczególnie odkrywczego ani ekscytującego.
Przyznam, że po pierwszym przesłuchaniu „Spittings Coffins” mnie znużyła i wcale nie miałem ochoty na kolejną konfrontację. Odstawiłem krążek na kilka tygodni i dziś ponownie do niego wróciłem odkrywając, że te wyświechtane i pozornie zupełnie nieatrakcyjne elementy w całości jakoś się bronią i tworzą klimat, który może przypasować najbardziej zagorzałym fanom death metalu.
Dla mnie jednak na tej płycie wszystko jest jakieś takie letnie – wokale niby ekstremalne, ale nie za ekstremalne, tempa szybkie, ale nie za szybkie, brzmienie surowe, ale nie za surowe. Poprawnie, solidnie, przyzwoicie, ale jednak brakuje czegoś co schwyci za gardło, czegoś co sprawi, że tętno wzrośnie, a serce zacznie bić szybciej. Gdyby „Spittings Coffins” była talerzem zupy to pewnie bym zjadł, oblizał się i powiedział, że była w sam raz – nie za zimna, nie za gorąca, nie za ostra i nie za mdła.
To jednak muzyka, a nie żarcie, a przy muzyce chciałbym by moja krzywa emocji była nieco bardziej poszarpana niż wykres EKG śpiącego anemika. Ot solidny oldschool, który nie przynosi ujmy jego twórcom, ale słuchaczem raczej nie wstrząśnie, co najwyżej zapewniając trochę umiarkowanej przyjemności. Powtórzę - dla mnie„Spittings Coffins” to solidny debiut, bo po prostu lubię takie granie. Dla umiarkowanych zwolenników oldschoolowego metalu - raczej droga przez mękę.