piątek, 1 lipca 2016

ECTOPLASMA: Solidny debiut

Debiut ECTOPLASMA „Spittings Coffins” brzmi jakby był nagrany w połowie lat dziewięćdziesiątych, co pewnie dla wielu osób będzie dostateczną rekomendacją by po ten krążek sięgnąć. To nieco ponad półgodzinna dawka archetypicznego death metalu, nie popadającego w techniczną ekwilibrystykę i nie próbującego poszerzać ramy gatunku. Warstwa wokalna bliżej Szwecji niż Ameryki. Sama muzyka jednak stylistycznie bardziej przywodzi mi na myśl granie zza Wielkiej Wody niż scenę skandynawską. Zresztą to wszystko złe tropy, bo ECTOPLASMA to zespół z Grecji i nie nagrywała w połowie lat dziewięćdziesiątych, bo powstała przed trzema laty

 

„Spittings Coffins” to solidny debiut. A raczej byłyby solidny – gdyby powstał na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy głód muzyki death metalowej był ogromny i nawet trzecioligowych albumów słuchało się z nabożną czcią, próbując za 3285 przesłuchaniem znaleźć w nim znamiona geniuszu. W ECTOPLASMA geniuszu nie ma – jest poprawność, zarówno brzmieniowa jak i wykonawcza i niestety niewiele ponadto.
Ta muzyka jest gęsta, dość matowa i aranżacyjnie siermiężna. Od czasu do czasu pojawi się jakiś bardziej chwytliwy riff, ale nie jest to ani nic szczególnie odkrywczego ani ekscytującego.
Przyznam, że po pierwszym przesłuchaniu „Spittings Coffins” mnie znużyła i wcale nie miałem ochoty na kolejną konfrontację. Odstawiłem krążek na kilka tygodni i dziś ponownie do niego wróciłem odkrywając, że te wyświechtane i pozornie zupełnie nieatrakcyjne elementy w całości jakoś się bronią i tworzą klimat, który może przypasować najbardziej zagorzałym fanom death metalu.
Dla mnie jednak na tej płycie wszystko jest jakieś takie letnie – wokale niby ekstremalne, ale nie za ekstremalne, tempa szybkie, ale nie za szybkie, brzmienie surowe, ale nie za surowe. Poprawnie, solidnie, przyzwoicie, ale jednak brakuje czegoś co schwyci za gardło, czegoś co sprawi, że tętno wzrośnie, a serce zacznie bić szybciej. Gdyby „Spittings Coffins” była talerzem zupy to pewnie bym zjadł, oblizał się i powiedział, że była w sam raz – nie za zimna, nie za gorąca, nie za ostra i nie za mdła.
To jednak muzyka, a nie żarcie, a przy muzyce chciałbym by moja krzywa emocji była nieco bardziej poszarpana niż wykres EKG śpiącego anemika. Ot solidny oldschool, który nie przynosi ujmy jego twórcom, ale słuchaczem raczej nie wstrząśnie, co najwyżej zapewniając trochę umiarkowanej przyjemności. Powtórzę - dla mnie„Spittings Coffins” to solidny debiut, bo po prostu lubię takie granie. Dla umiarkowanych zwolenników oldschoolowego metalu - raczej droga przez mękę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz