Corpsepaint i różowe body

4

Znienawidziłem ich od pierwszego spotkania. Na długo przed tym jak usłyszałem ich muzykę. Ci goście wyglądali okropnie, a na dodatek nazwali swój zespół „Kopciuszek”. Ja byłem wówczas poważnym 12 czy 13-letnim metalowcem, który poszukiwał w muzyce silnych emocji i ekstremalnych doznań.

Otwieram Metal Hammer i widzę gościa z natapirowanymi włosami, szminką na ustach i ubranego w różowe body. To był estetyczny wstrząs – uosobienie wszystkiego czego najbardziej nienawidziłem. Przez kolejne lat glam metal traktowałem jak skąpo ubrane kobiety, które stały przy drodze w pobliskim lesie. Odraza mieszała się z obrzydzeniem, pogarda z poczuciem wyższości. Ale gdzieś w tym wszystkim czaiła się jakoś niezdrowa fascynacja tym, że można upaść tak nisko, a jednocześnie być z siebie zadowolonym.

– Klasyka! – skwitował Roman na stadionie X-lecia dziesięć lat później, gdy grzebałem w torbie z płytami, które miał na sprzedaż i właśnie wyciągnąłem płytę Mötley Crüe – „To Fast For Love”.
– Przecież to goście, którzy przybierają się za dziewczyny – skrzywiłem się z niesmakiem.
– Ci goście mają większe jaja niż ci z twoje koszulki – rzucił Roman patrząc na zdjęcie chłopaków z Immortal, które miałem na piersiach.
Gdybym tego dnia na stadionie kupił choć jedną fajną płytę to bym pewnie wrzucił ten Motley z powrotem do torby i odszedł z godnością, dziarskim i sprężystym krokiem blackmetalowca. Ale nie. Tego dnia była straszna posucha i mimo że zrobiłem dwa kółka na koronie stadionu nie wypatrzyłem absolutnie niczego ciekawego.
– No bierz! – zachęcił Romek, zapewne widząc błysk pożądania, który pojawił się w moich oczach. – Jak ci się nie spodoba to oddasz najwyżej, przecież tyle lat się znamy.
– No dobra – wzruszyłem ramionami, zapłaciłem 12 zł i poszedłem do samochodu. Jak ja ten Motley odpaliłem to zanim dojechałem do mostu Poniatowskiego mało głową dziury w dachu nie zrobiłem. Zawróciłem na pierwszym rondzie, zaparkowałem przy ul. Francuskiej i biegiem na koronę szukać Romka.
– Ten Motley Crue… – zacząłem zziajany, gdy go wreszcie dopadłem.
– No – zmarszczył czoło patrząc zaniepokojony czy nie trzymam w ręku płyty do zwrotu.
– Masz jeszcze jakieś inne ich płyty? To jest niewiarygodnie wręcz zajebiste!
Roman uśmiechnął się tak szeroko, że mało kącikami ust nie poprzewracał stojących obok sprzedawców. Opchnął mi całą dyskografię Mötley Crüe, a gdy już odchodziłem rzucił:
– A Cinderella nie chcesz?
Zatrzymałem się i ciężko przełknąłem ślinę przypominając sobie gościa w różowym body.
– Mam tylko „Heartbreak Station”. Pozostałe płyty będę miał za tydzień – powiedział podając mi płytę. Na okładce nie było gościa w różowym body. Zespół stał przy jakieś rozwalającej się chacie, ubrani byli w dżinsy i wyglądali jak faceci.
– No dobra, spróbuję…
Gdy wróciłem do auta zżerany ciekawością odpaliłem gdzieś w okolicy mostu siekierkowskiego. Słońce na niebie, czarna woda rzeki wije się po obu stronach , a ja słucham „The More Things Change” i zaczynam się czuć jak Don Johnson w Miami Vice jadący wypasionym autem na spotkanie kolejnej przygody. Zamiast słodkiego glamu słyszę świetnego hard rocka opartego na bluesie, klasycznym amerykańskim roku, z elementami country. Amerykańszczyna na 100 proc. ale ta fajna – bardziej w stronę forda mustanga i westernów niż Bevery Hills 90210 i McDonald’sa.

 

Przez tydzień słuchałem głównie „To Fast For Love” i „Heartbreak Station”, a w kolejną sobotę wstałem rano (około 5) i ruszyłem na stadion w poszukiwaniu płyt. Wciąż z lekkim wahaniem, ale kupiłem u Romana pozostałe płyty Cinderella. Prostsze, mniej rozbudowane aranżacyjnie, nie tak bogate instrumentalnie, ale poza mniej udaną „Still Climbing” to kawał dobrego amerykańskiego hard rocka z naprawdę fajnym wokalem, który miejscami kojarzył mi się trochę z Axlem Rose, ale bez tego miauczenia, które tak mnie raziło na początku lat 90.

Po kilkunastu latach od tamtych stadionowych wypraw wciąż wracam do Cinderella, poczucie zażenowania związane z ich wizerunkiem, które czułem będąc nastolatkiem zupełnie zniknęło. Zresztą po tym jak pokochałem Cinderella i Mötley Crüe otworzyłem się też na inne zespoły, których przez lata programowo unikałem. Do moich płytowych zbiorów trafiły albumy amerykańskiego Poison (straszna okładka pierwszej płyty), Great White, White Lion, L.A. Guns, Warrant, Ratt, Twisted Sister, Bon Jovi, Europe, Skid Row, WASP, Dokken, Winger, Slaughter, Lizzy Borden, Vixen, Hanoi Rocks, Tesla, Bang Tango, Keel, Lillian Axe, Mr. Big, Helix, Madam X, TNT, Girl, Loudness, Pink Cream 69, Bonfire, Love/Hate, Diamond Rexx. Wszedłem w świat zespołów, spośród których wiele nazw kojarzyłem od lat, ale w poszukiwaniu brutalności w muzyce nigdy nie dałem im szansy. Nie jestem dziś maniakalnym fanem glam metalu i zupełnie nie śledzę tego co współcześnie się rozgrywa na tej senie. Raz na jakiś czas nachodzi mnie jednak na te wszystkie kociaki z lat 80. zmywam plakatówkę z twarzy, gaszę pochodnię, chowam miecz, tapiruję włosy, zakładam różowe rajtuzy i ślizgam się po podłodze na kolanach przy Twisted Sister, Cinderella czy Mötley Crüe.

https://patronite.pl/mariakonopnicka

 

 

4 KOMENTARZE

  1. Tak się zastanawiałem Szanowny Panie Mario vel Kamilu nad nagrodami dla tych co Panu i prowadzonym stronom internetowym patronują. Może zamiast zina lepiej ufundować karnety na możliwość odwiedzenia piaseczyńskiej metalowej płytoteki Szanownego Pana. Tyle ile dana osoba zadeklaruje miesięcznie, tyle minut spędzi podziwiając zasoby płytowe i oczywiście rozmawiając z gospodarzem. Najlepsi czyli ci co będą mogli posiedzieć najdłużej, to może nawet piwo by zdążyli wypić z gospodarzem. Co Pan o tym sądzi? Radek Wasilewski

    • Kto wie? Może coś podobnego kiedyś zorganizuję – nie wiem czy na żywo, ale może w formie online. Zobaczymy 🙂 Na razie to raczkuję i nie wiem jeszcze w jakim kierunku to wszystko pójdzie 🙂

  2. Czołem Waszmości! Chciałbym mieć możliwość postawienia piwa Szanownemu Panu bez konieczności logowania się na patronach. Czy mógłby Pan udostępnić na swojej stronie numer konta, który to umożliwiłby dokonanie szybkiego przelewu bez żadnych zobowiązań? Pozdrawiam

  3. Bardzo dobra inicjatywa. Tym bardziej że klikając na ten patronite odkryłem, że musiałbym sobie założyć konto na google, które byłoby moim już chyba czwartym czy piątym wliczając służbowe. Wolałbym tego uniknąć a chętnie bym też wsparł szanownego redaktora. RW

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here