Graham Masterton – Manitou

0

To się nazywa debiut ! Wybuchowa mieszanka body horroru, Egzorcysty w klimatach etnicznych i mitologii lovecraftowskiej, napisana z takim drajwem i energią, że aż czytelnik nie zwraca uwagi na jej różne nonsensy i wewnętrzne sprzeczności fabularne. Ale to się czyta !

Do zawodowego jasnowidza Harry Erskine’a (pana wróżki, jak z późnonocnych programów telewizyjnych) zgłasza się młoda dziewczyna, Karen. Jest ona w przeddzień operacji usunięcia guza, który gwałtownie rozrasta jej się na karku. Od momentu pojawienia się narośli kobietę niepokoją koszmary, w których widać XVII wieczny galeon oraz ludzi rozmawiających po holendersku.

Fight Fire with Fire

Gdy wkrótce potem ginie w trakcie seansu inna klientka jasnowidza, najwyraźniej opętana przez złą siłę ze snu Karen, Harry rozpoczyna śledztwo. W jego efekcie ustali, że za wszystkim stoi indiański XVII wieczny szaman Misquamacus, który… rozrasta się w nowotworowym guzie na ciele Karen (Sic! Sic! Sic!).
W myśl zasady – Fight Fire with Fire Erskine ściąga z Dakoty współczesnego szamana Siouxów, Śpiewającą Skałę. Wspólnie z leczącym dziewczynę lekarzem rozpoczynają walkę z Misquamacusem, który w międzyczasie wyrywa się, w obrzydliwej, godnej „Aliena” scenie, z narośli na ciele dziewczyny i rozpoczyna, jak na kultystę przystało, otwieranie bramy do zaświatów, by sprowadzić na Ziemię złowrogie bóstwo, niejakiego Wielkiego Starucha (za chwilę wrócimy do tematu…).

Pulpowy do bólu

„Manitou” to nie tylko debiutancka powieść Mastertona, to również pierwszy paperbackowy horror wydany w Polsce. Krzykliwa, kolorowa okładka z blurbem „przerażający…straszny…niesamowity” to robiło piorunujące wrażenie. Czy zasłużone ?
Ano, najkrócej pisząc – tak ! Karty powieści wypełnia żywiołowa, wysokooktanowa akcja, nie zatrzymująca się ani na chwilę, pełna przygód, jump stare’ów, i magicznych bojów ze złowrogim indiańskim szamanem oraz przywoływanymi przez niego monstrami. Fabuła mknie tak żwawo do przodu, że aż pozwala przejść do porządku dziennego nad mniejszymi i większymi sprzecznościami i dziurami w logice („manitou” komputera, który jest „chrześcijański, bogobojny i oddany sprawie porządku i prawa” to jest sam w sobie mega czad, już pominąwszy że kilkadziesiąt stron wcześniej stara indiańska magia „nie obawia się chrześcijaństwa”).

Pierwszy raz „Manitou” został zekranizowany w 1978 roku

Tak, Masterton jest tutaj pulpowy do bólu. OK, czarownik powraca po stuleciach do świata żywych, to archetyp grozowy przywodzący na myśl lovecraftowskiego Charlesa Dextera Warda. Ale powrót poprzez…guza nowotworowego? Na karku ? Młodej dziewczyny ? No, to się nie mogło udać – a jednak się udało. Właśnie przez tę jawnie absurdalną a przez to uroczą bezczelność konceptu.

Fani mistrza z Providence ja u siebie w domu

Body horror wyjściowego założenia przechodzi dalej w etno-mutację „Egzorcysty”. Opętana przez szamana dziewczyna przewraca oczami i mamrocze różne klątwy oraz groźby, a indiański szaman walczy ze wyrosłym z niej złem niczym ojciec Merrin z Pazuzu.
Przede wszystkim jednak jest „Manitou” powieścią z uniwersum lovecraftowskiego. Misquamacus to ni mniej ni więcej a „kultysta”, zamierzający oddać Ziemię we władanie Gwiezdnej Bestii (strażnik bramy – Yog Sothoth?) i „Wielkiemu Staruchowi” (zdaje się, że tłumaczowi – Piotrowi Cholewie pop-kultura jeszcze naówczas nie dojechała, bo mowa tu prawdopodobnie o Great Old One – Wielkim Przedwiecznym, nb. o aparycji samego Wielkiego Cthulhu…). Fani mistrza z Providence poczują się tutaj jak u siebie w domu („Manitiu” można traktować wręcz jako sequel do post-lovecraftowskiej powieści Augusta Derletha „Czyhający W Progu”).

Strony się same przewracają

Pierwsza część powieści jest bardziej nastrojowa, to klasyczny detektywistyczny horror, trochę straszący nagłą chorobą, trochę klasycznym opętaniem. Od przeniesienia akcji do szpitala w miejsce grozy wstępuje sensacyjna, pełna przygód, magicznych pojedynków i demonicznych manifestacji akcja.
To prawda, że bohaterowie „Manitou” są pulpowi i papierowi do bólu, ale to żaden zarzut – takie jest ich zadanie w powieści, mają czytelnika po prostu przenosić pomiędzy kolejnymi punktami fabuły. A czynią to nader sprawnie, Masterton pisze bardzo „przyjemnie” w lekturze, strony same się przewracają jedna za drugą.

Masterton obok samego Kinga

Powieść okazała się sporym hitem, już w 1978 została przeniesiona na duży ekran (choć przyznam, że jeszcze filmu nie widziałem), i przez lata rozrosła się w cały cykl, składający się, do dziś, z 5 części.
Od czasu tego debiutu Masterton cieszy się w Polsce nieprzemijającą, ogromną popularnością. Nad Wisłą jest to drugi, obok samego Kinga, autor, który zawsze gwarantuje sukces wydawniczy. Warto sprawdzić, od czego się to zaczęło. Niekoniecznie jego najlepsza powieść, ale jedna z najpopularniejszych, ta, którą wszedł do kanonu literackiej grozy. Trzeba !

PS. Jako ciekawostkę dodam, że w pierwszym wydaniu „Manitou” w Polsce (to właśnie okładka na zdjęciu) Masterton zapisał na wyklejce specjalne słowa powitania „do polskich czytelników”. Nice touch

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here