IMPALED NAZARENE: Nuklearny black metal

    4

    Miałem w czasach podstawówki i liceum takie hobby, że nie raz po lekcjach wybierałem się pooglądać kasety i płyty. Tak, pooglądać, bo kasy zwykle nie było, a oglądanie różnych muzycznych wynalazków było dla mnie jak wycieczka do muzeum, w którym mogłem liznąć nieco wiedzy i poszerzyć swoje horyzonty

    Pewnego słotnego jesiennego dnia wybrałem się na bazarek przy ul. Wałbrzyskiej „pomacać kasety”. Na końcu tego bazarku stolik z kasetami miał chudy, wysoki facet. Lubiłem do niego wpadać bo miał sporo metalu i w miarę orientował się w tej muzyce.

    Za garść drobniaków, bilet i żetony

    Macam, smyram te kasety, oglądam okładki, gadamy… a gość do mnie nagle, że może bym coś kupił.

    Odpowiadam, że nie dam rady bo z kasą krucho. Facet podsuwa mi pod nos karton z przecenionymi kasetami i mówi, że te to za grosze mi może puścić. Oglądam, przebieram – nazwy zespołów nic mi nie mówią i nagle natrafiam na IMPALED NAZARENE z jakąś dziwną boginią na okładce. Przypomina mi się, że w którymś z magazynów muzycznych czytałem raport o scenie fińskiej i właśnie po raz pierwszy zetknąłem się z tą nazwą. 
Gość gdy tylko zobaczył cień zainteresowania na mojej twarzy prawie siłą wepchnął mi tę kasetę. Oddałem mu wszystkie drobniaki, które odnalazłem w kieszeni, nieskasowany bilet na autobus i dwa żetony, zakupione w salonie gier zręcznościowych. 


    Nuklearny black metal

    Nie spodziewałem się wiele po świeżo zakupionej kasecie – za tak marne pieniądze nie można przecież oczekiwać rewelacji. Wrzuciłem w domu do swojej wieżyczki i nacisnąłem PLAY. To co wydobyło się z głośników dosłownie wbiło mnie w dywan. 
Początek utworu otwierającego tę płytę sprawił, że miałem ochotę wyskoczyć przez okno razem z szybą wbić się głową pół metra w ziemię i zagryźć kreta
    Nie potrafiłem zupełnie określić tego stylu – to był jakich hiper punk nuclear black metal, tak bezkompromisowej, dzikiej i oryginalnej muzyki chyba wcześniej nie słyszałem. 

    Atomówki wśród pocisków

    Oczywiście moim priorytetem stał się zakup wcześniejszej płyty tego zespołu – i choć „Tol Cormpt Norz Norz Norz…” na pewno mnie nie rozczarowała, to jednak w kontekście „Ugra Karma” pozostawiła pewien niedosyt. 
Od tamtej pory śledzę poczynania Impaled Nazarene, mam ich wszystkie płyty – są lepsze i gorsze, poniżej poziomu, który jest dla mnie akceptowalny na razie nie zeszli. 
Jednak „Ugra Karma” to monument – to jeden z najważniejszych, najoryginalniejszych, najbardziej dzikich i odważnych płyt pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Zresztą na żywo w pełni to potwierdzili – na koncercie strzelali tymi swoimi utworami jak z karabinu maszynowego, ale gdy tylko sięgali po repertuar z „Ugra-Karma” to miałem wrażenie, że prawdziwe bomby atomowe sypią się na publikę.

    4 KOMENTARZE

    1. też taki cios zaliczyłem słysząc ich po raz pierwszy, tylko że u mnie jako pierwsza poleciała "suomi finland perkele'. Ta i 'latex cult' swego czasu nie opuszczały mego magnetofonu 😀
      ps.
      tak patrzę na ich dyskografię i w zasadzie ostatnich 5 płyt nie słuchałem. Chyba sobie trzeba odświeżyć ten band, po do 'absence of…" dawali rade, pomimo, że styl ich nieco ewoluował

    2. Dwójka zdecydowanie najlepsza, ale każda z pierwszych pięciu (plus mini "Motörpenis") świetna. Dla mnie mogli zakończyć na latach 90. Z późniejszych płyt mam jeszcze trzy kolejne, ale to już nie to.
      Fantastycznym wydawnictwem jest "Decade of decadence", czyli składanka demówek oraz epek i coverów z pierwszych lat działalności. Bezwzględnie warta swoich pieniędzy. Swego czasu wracałem głównie do niej.
      Wracając do "Ugra Karma" – kiedy pierwszy raz włączyłem, nie wiedziałem co się dzieje. Taki strzał jak "Goatzied" dla nieprzygotowanego słuchacza może okazać się zabójczy. Po wstępnym szoku przyszło bezgraniczne uwielbienie. Im więcej znam płyt i zespołów tym jaskrawszym światłem ten album lśni. Nikt wcześniej ani później tak nie zagrał. Nawet sami zainteresowani.

    3. warto poznać album MANIFEST, RAPTURE, i nowy , sa świetne, nie polecam za to :absence of war, all that you fear, częściwowo ok są pro patria i road to octagon, ale za dużo trashuja w dośc typowy sposób. nie ma jak pierwsze albumy ,ale jak pisałem wcześniej rapture i Manifest to świetne albumy na wiele odsłuchań

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Please enter your comment!
    Please enter your name here