Spełnienie marzeń gorsze niż śmierć

0

Po śmierci Maradony odżył film dokumentalny na HBO, który nakręcono już jakiś czas temu. Tradycyjnie okazało się, że śmierć to nie tylko tragedia, ale i chwyt marketingowy, który zwraca oczy całego świata na osoby, których szczyt popularności dawno już pominął

Postanowiłem obejrzeć – bo jak już wspomniałem Diego był jednym z bohaterów mojego dzieciństwa, nie tylko znakomitym piłkarzem, ale też ikoną popkultury.

Król nie tylko na boisku

Dokument trochę mnie rozczarował, bo liczyłem na ciekawostki z jego życia, miałem nadzieję na poznanie więcej faktów z dzieciństwa czy prześledzenie ścieżki kariery, która wiodła nie tylko na absolutny szczyt, ale także dalej – na drugą stronę, do świata rozciągającego się w cieniu pokonanego wierzchołka popularności, stwarzającej iluzję zrównania człowieka z Bogiem. Dokument HBO to przede wszystkim film o popularności i jej upadku. O dualizmie bohatera, który jako Diego był skromnym, bogobojnym chłopakiem, a jako Maradona nie tylko geniuszem piłki, ale też zuchwalcem, arogantem i królem imprezy. Niezależnie od tego czy ta impreza odbywała się w na boisku, w szatni czy w nocnych klubach.

Przerażająca popularność

Nie zobaczyłem więc młodzieżowych perypetii Maradony w Los Cebollitas, czy Argentinos Juniors. Historia Maradony na dobre zaczyna się dopiero w SSC Napoli i tu też się kończy, bo już mistrzostwa świata w 1994, gdzie został zdyskwalifikowany za obecność niedozwolonych substancji (do dziś nie wiem czy chodziło o doping czy kokainę) zostały potraktowane zdawkowo. Ale to nie ma większego znaczenia bo dokument zdobywcy Oskara Asifa Kapadia to przede wszystkim dość przerażające studium popularności. Przynajmniej mnie to przeraziło, bo uświadomiłem sobie jak bardzo Diego był popularny wśród ludzi, którzy mieli do niego bliżej niż ja – podziwiający jego wyczyny w szumiącym telewizorze marki Rubin.

Niesforne dziecko Neapolu

Ta popularność była wręcz histeryczna, taka która dziś chyba nie jest udziałem żadnego człowieka. Ten chłopak pochodzący z wielodzietnej ubogiej rodziny prostych ludzi w wieku dwudziesty paru lat poczuł się Bogiem. A jak wiadomo Bóg może wszystko i więcej można mu wybaczyć niż zwykłemu śmiertelnikowi. Taka popularność to wielka próba charakteru, na którą chyba żaden człowiek nie jest przygotowany, a tylko nieliczni mogą sobie z nią dać radę. Maradona nie dał rady – uciekał w imprezy, seks, narkotyki. Po niedzielnym meczu zaczynał imprezę, która trwała do środy. Tego dnia wchodził na bieżnię i zaczynał regenerację, by w pełni sił stanąć na boisku podczas kolejnego niedzielnego spotkania. Dla Napoli zrobił wszystko. Ten mało znaczący klub pod jego wodzą zdobył dwukrotnie mistrzostwo kraju, puchar Włoch, superpuchar Włoch i puchar UEFA. Przymykano więc oko na jego pozaboiskowe ekscesy, a gdy robiono badania przed meczami, próbek moczu prawdopodobnie użyczał mu kolega z drużyny.

Aktor w oskarowej roli

Maradonę po raz pierwszy zobaczyłem podczas Mistrzostw Świata w Meksyku, gdy Argentyna grała mecz z Anglikami. To jedno z najbardziej spektakularnych spotkań w dziejach całego footballu. Sam Maradona w ciągu kilku minut stał się antybohaterem i bohaterem tego sportu. Najpierw strzelił gola ręką, czego nie zauważyli sędziowie i uznali bramkę, a później przeprowadził jedną z najpiękniejszych indywidualnych akcji mijając kilku Anglików i posyłają piłkę do siatki. Teoretycznie ten gol strzelony ręką powinien budzić niesmak, a sam Maradona zostać potępiony i odarty ze wszelkiej świętości. Nic takiego się nie stało. Tak jak zawsze nienawidziłem symulanctwa i niesportowego zachowania na boisku, tak na Maradonę patrzyłem zupełnie innymi oczami. To był jego fenomen – oglądając mecze na mundialu we Włoszech w 1990 roku widziałem jak udawał, że był faulowany, wił się po boisku trzymając się za nogę i płakał, podczas gdy powtórki pokazywały, że nawet go nie draśnięto. Gdyby to robił inny piłkarz czułbym niesmak, ale Maradona na boisku był jak aktor w oskarowej roli – cokolwiek robił byłem nim zachwycony.

Wojna z Włochami

Oglądałem półfinał Italii 90, do którego doczołgała się Argentyna i spotkała się z gospodarzami turnieju. Dla mnie to był taki przedwczesny finał, bo właśnie tym drużynom kibicowałem najbardziej. Włosi grali u siebie i bardzo chcieli wygrać, ostrożni z żelazną obroną – Zenga, Baresi, Bergomi, de Agostini, Maldini, De Napoli, Giannini, Baggio, Carnevale, Donadoni, król strzelców tamtego mundialu – Schillachi, Serena, Vialli – po trzydziestu latach te wszystkie nazwiska wypisują z pamięci. Argentyna po porażce z Kamerunem w meczu otwarcia nie zachwycała także w kolejnych spotkaniach, ale i tak im kibicowałem bo kochałem Maradonę i te ich pasiaste niebieskie stroje.

Pogromcy niemieckiego wroga

To oni pokonali Niemców w finale cztery lata wcześniej, a pokonanie Niemców było dla mnie czymś niezwykle szlachetnym i heroicznym. Pokonać Niemców było jak pokonać smoka. Dopiero po latach zdaję sobie sprawę jak w czasach mojego dzieciństwa postrzegało się naszych zachodnich sąsiadów. Niemiec był wrogiem, nie tylko w podręcznikach do historii, ale wszędzie i zawsze. Gdy oglądałem mecze reprezentacji RFN postrzegałem piłkarzy jak faszystów, gestapowców, którzy zostawili mundury w szatni i biegają po boisku. Nie życzyłem im przegranej, ale upokorzenia i klęski. Gdyby któryś z Argentyńczyków wyjął na boisku pistolet i zastrzelił niemieckiego obrońcę, prawdopodobnie jako 8-latek podskoczyłbym podekscytowana na wersalce i wykrzyknąłbym „Dobrze! Zabił szkopa!”. Wiele się zmieniło gdy miałem 11 lat i pojechałem na kolonię, na której byli też Niemcy. Zobaczyłem, że to dzieciaki podobne do nas – śmieją się, bawią, grają w piłkę, nie próbują zagnać nas pod prysznice, ani nie każą kopać dołów w lesie. Z wiekiem tą „niemiecką traumę” oswoiłem, ale dopiero po latach zdaję sobie sprawę jak silna ona była jeszcze te 30 czy 40 lat temu.

Zwycięstwo na boisku, klęska poza nim

Wracając jednak do tego meczu Argentyny z Włochami – oglądałem go, podobnie jak wszystkie na Mundialu w 1990 roku, ale zupełnie nie zdawałem sobie sprawy z kontekstu tego spotkania. Odbyło się ono bowiem w Neapolu – mieście Maradony, w którym był bohaterem. Nie miałem pojęcia, że przed tym spotkaniem prowokował w wywiadzie telewizyjnym twierdząc, że większość kibiców będzie kibicować Argentynie i że on bardzo na to liczy. Wspominał jak wiele zrobił dla kibiców tego miasta i oto nadszedł czas by oni zrobili coś dla niego. Po tych wypowiedziach zawrzało, a wśród Neapolitańczyków pojawili się też tacy, którzy zapowiedzieli, że zasiądą na stadionie w argentyńskim sektorze. Ostatecznie jednak tożsamość narodowa zwyciężyła – gdy rozbrzmiewał hymn Argentyny Neapol buczał i gwizdał, a Maradona był najbardziej znienawidzonym człowiekiem nie tylko w mieście, ale i w całych Włoszech.
– Skurwysyny – skwitował Diego stojąc w rządku argentyńskiej jedenastki, o czym w relacji telewizyjnej w 1990 roku nie wspomniano. A później zaczęła się wojna z Włochami, zakończona rzutami karnymi. Jednym z egzekutorów był Diego. Pamiętam jak podchodził do piłki w 1990 roku, a włoska publiczność życzyła mu śmierci. Nie pomylił się! Chwilę po strzeleniu gola na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, a środkowy palec prawej ręki wysunął się w wymownym geście. Włosi to zapamiętali.

Włosi chcą krwi Maradony

Maradona powinien po tym meczu ubrać się, podpalić swój dom, wyjechać z Italii i nigdy już do niej nie wrócić. Nie zrobił jednak tego. Został i zaczęły się kłopoty, przestano mu pobłażać, rozpoczęto polowanie na Maradonę. Podsłuchy, sprawy w sądzie, skrupulatniejsze egzekwowanie podatków, tłumy reporterów coraz bardziej zwarte, męczące, agresywne. Uśmiech zniknął z oblicza Boga, jego twarz stała się napięta i poważna, a skrzące się spojrzenie zdławił lęk. Oczywiście Diego na swój upadek mocno pracował, ale dopiero ten film uświadomił mi jak bardzo zaszkodził sobie meczem z Włochami w półfinale mistrzostwa świata. Warto przypomnieć, że do tego spotkania drużyna gospodarzy mistrzostw nie straciła ani jednego gola, a ostatecznie musili się zadowolić trzecim miejscem. To było zdecydowanie poniżej ich aspiracji, tym bardziej że Argentyna wówczas była siermiężna, ze zrywami, ale bliższa przeciętności niż geniuszowi sprzed czterech lat.

Upadek z Olimpu

Jak już wspomniałem, mundialowi w Stanach Zjednoczonych w  filmie nie poświecono uwagi. Kolejna scena pokazywała Maradonę po latach, otyłego, niedołężnego, schorowanego. Szedł do studia telewizyjnego jak pingwin z połamanymi kolanami, a później zaczął mówić i płakać. Nie mam pojęcia o czym mówił, bo zapamiętałem tylko te łzy, które jak grochy ciekły po jego nabrzmiałych policzkach. Smutny upadek legendy. Miał cały świat u swych stóp, a w kolejnych latach jego stan psychiczny zdawał się być bliski stanowi fizycznemu, który utrudniał codzienne funkcjonowanie.

Przekleństwo spełnionych marzeń

W rzeczywistości może nie było tak tragicznie jak wynika z filmu – wszak pracował jako szkoleniowiec w mało znaczących klubach, ale za godziwe wynagrodzenie. Być może bawił się, imprezował i był szczęśliwy. Byś może żył tak jak chciał i umarł tak jak chciał. Gdy jednak film się kończył nie mogłem odgonić myśli, że największym nieszczęściem, które może spotkać człowieka to spełnienie jego własnych marzeń. Życzymy tego innym w różnych okazji wręczając kwiaty i ich całując. Nie róbmy tego! Spełnienie marzeń jest gorsze niż nagła śmierć. Maradona spełnił swoje marzenia, ale nie umarł nagle. On zdawał się umierać latami.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here