Sprzedawca latających dywanów

0

Gdy wyjrzałem przez okno była jeszcze szarówka, płatki śniegu tańczyły wśród deszczu niknąc po zetknięciu z chodnikiem i ulicą. Widok z 17. piętra mojego mieszkania dawno już przestał mnie cieszyć – kiedyś dawał złudzenie wolności i przestrzeni, teraz wynosił na największe wyżyny samotności na jakie jest w stanie wspiąć się moje miasto.

Zerknąłem na zegarek. Do wyjścia do pracy pozostało mi jeszcze pół godziny. Spojrzałem niechętnie na niepościelone łóżko, podniosłem ręce i wyprostowałem zbolałe plecy. Położyłem się na podłodze na szorstkim dywanie, który dawno już powinienem odkurzyć i zacząłem wpatrywać się w popękany sufit coraz mocniej domagający się świeżej farby. Zegar stojący na szafce nocnej cykał miarowo, za oknem wciąż tańczyły płatki śniegu. Gdy poczułem senne odrętwienie i już chciałem przymknąć oczy rozległo się pukanie. Niechętnie wstałem i nieśpiesznym krokiem podszedłem do drzwi.

– Dzień dobry – przywitał się młody mężczyzna i uśmiechnął szeroko, obrażając równe białe zęby.
– Dzień dobry – odpowiedziałem niechętnie żałując, że otworzyłem.
– Chciałem panu coś sprzedać – rzekł nieznajomy głosem pełnym ekscytacji. Był tak z siebie zadowolony, jakby za chwilę miał klasnąć w dłonie i zacząć podskakiwać.
– Dziękuję, nie jestem zainteresowany… – odparłem jeszcze niechętniej i już chciałem zamknąć drzwi, gdy mój rozmówca bezceremonialnie wepchnął się do mojego mieszkania.
– Nawet nie zapytał pan co chcę sprzedać – wypowiedział z triumfem, a ja dopiero dostrzegłem, że pod pachą ma nieduży dywan zwinięty w rulon.
– Niczym nie jestem zainteresowany – rzekłem szorstko gotów siłą wypchnąć delikwenta z powrotem na korytarz.

– To jest niepowtarzalna okazja – usłyszałem i dla odmiany nabrałem ochoty pacnąć go otwartą ręką w roześmianą twarz. „Niepowtarzalna okazja”, „szansa, która odmieni twoje życie”, „oto właśnie uśmiechnął się do ciebie los”. Ileż razy w życiu słyszałem podobne brednie? Ująłem akwizytora za ramię i delikatnym, ale stanowczym ruchem skierowałem do wyjścia.
– Naprawdę nie mam czasu… – zacząłem.
– To jest latający dywan – odrzekł sprzedawca, przykucnął pozbywając się z ramienia mojej dłoni i rozwinął na podłodze wzorzysty czerwony dywanik. W odpowiedzi prychnąłem niepohamowanym śmiechem. Jak w pracy opowiem to mi nie uwierzą.
– Z czego pan się śmieje? – zapytał mężczyzna nie tracąc pewności siebie.
– No z tego latającego dywanu….
Mój rozmówca zmarszczył czoło i spoważniał.
– Nie marzył pan nigdy o lataniu?
– Oczywiście, że marzyłem – odpowiedziałem szczerze i bez namysłu.

– A teraz ma pan szansę kupić latający dywan. Coś takiego przydarza się tylko jednej osobie na miliard. Wie pan jakie jest prawdopodobieństwo, że mając do sprzedaży tylko jeden taki dywan trafiłem właśnie na pana? Jest pan absolutnie wyjątkowym człowiekiem. To prawdziwy dar losu.
– Co pan powie… – poczułem, że facet zaczyna mnie bawić i zacząłem się zastanawiać czy przypadkiem nie ma ukrytej kamery, a ja nie stałem się uczestnikiem jakiegoś zwariowanego reality show. Różne rzeczy przecież ludzie dziś robią, by tylko zaistnieć w internecie.
– Poczęstuje mnie pan herbatą i wszystko panu opowiem – mężczyzna znów się uśmiechnął i zerknął wymownie na otwarte drzwi do kuchni. Chciałem odrzec, że nie mam czasu bo muszę wyjść do pracy, ale zerknąłem na zegarek i ze zdumieniem spostrzegłem, że wciąż mam pół godziny do wyjścia.

Po chwili siedzieliśmy przy kuchennym stole i piliśmy herbatę. Nieszczęsny dywan został w przedpokoju.
– Nie ma latających dywanów – powiedziałem stanowczo na wstępie.
– Nie ma, czy po prostu pan w nie nie wierzy? – mężczyzna siorpnął gorącej herbaty i znów się uśmiechnął. Miał nienaturalnie białe i równe zęby, które mocno kontrastowały ze śniadą cerą. Z jego oczy biła pozytywne energia. Zdecydowanie wzbudzał zaufanie i gdyby sprzedawał pastę do zębów to możliwe, że bym od niego kupił.
– Nie wierzę – opowiedziałem po chwili wahania. – Jak są to tylko w bajkach.
– Ale marzył pan o lataniu? – zapytał ponownie, jakby znów z nutką triumfu w głosie.
– Jak każdy chyba… – przyznałem.

– A może dotąd nie latał pan tylko dlatego, że bał się pan spróbować?
– Szanuję pana pracę i doceniam talent sprzedażowy… ale wie pan… latający dywan? – pokiwałem przecząco głową patrząc z rozbawieniem na dywanik w przedpokoju, który z kuchni było widać zza niedomkniętych drzwi. – To nie przejdzie – dodałem starając się zrobić zbolałą minę.
– Większość ludzi nie wierzy w latające dywany, bo oni z natury nie są zdolni do tego, by oderwać się od ziemi – nie poddawał się nieznajomy. – Z panem jest jednak inaczej, jest pan osobą wyjątkową, nietuzinkową, potrafiącą więcej niż inni. Wystarczy, że otworzy pan okno, usiądzie na dywanie i poleci.

– Spadnę z 17 piętra i się zabiję – odparłem zdecydowanie.
– Po co snuć czarne scenariusze, które mogą się nie spełnić? – zapytał sprzedawca, a mi zupełnie irracjonalnie wydało się to mądre. – Trzeba reagować na bieżące problemy, a nie kreować wizje tych, które nas nie dotyczą i być może nigdy dotyczyć nie będą. Czy mam rację?
– No w sumie tak… – zgodziłem się i już chciałem dodać „ale nie w tym przypadku”, jednak ostatecznie poniechałem nie chcąc niegrzecznie mu przerywać.
– Jest pan stworzony dla tego dywanu, a ten dywan dla pana. Razem stanowicie jedność. Jak dwie połówki jabłka – rzekł cygański akwizytor, a ja zmarszczyłem czoło. – Czasami spotyka nas w życiu coś wyjątkowego. To czysta magia, która zdaje się przeczyć rzeczywistości. Ma pan przyjaciół?

– Tak – odpowiedziałem po chwili wahania. – Kolegów – dodałem.
– Gdyby im pan powiedział o zakupie latającego dywanu to co by powiedzieli?
– Że jetem skończonym idiotą.
– Dlaczego?
– Bo latających dywanów nie ma.
– Czy któryś z nich kiedyś latał?
– Oczywiście, że nie – chyba, że samolotem, albo na karuzeli w wesołym miasteczku.
– Sam pan więc widzi, że nie mają żadnych kompetencji by wypowiadać się na ten temat – powiedział mężczyzna i znów łyknął herbaty. Tym razem trochę ciszej. – Ludzie nie wierzą z zazdrości, dlatego że ich nic podobnego nie spotkało. Łatwiej im zaprzeczyć i wyrzec się swoich marzeń niż znieść to, że stały się one udziałem kogoś innego, a ich ominęły.
– Przepraszam pana, ale zaraz muszę iść do pracy…
– Proszę dać mi chwilkę – odparł mój rozmówca, wstał z kuchennego taboretu, przeszedł do przedpokoju i usiadł po turecku na rzekomo latającym dywanie. – Niech pan usiądzie naprzeciwko mnie i zamknie oczy – zachęcił.

Zawahałem się, a cała sytuacja zaczęła mi się zdawać coraz bardziej absurdalna. Zerknąłem na zegarek i stwierdziłem, że do wyjścia do pracy mam jeszcze kwadrans. Uśmiechnąłem się i usiadłem na drugim końcu dywanu. Był tak mały, że prawie stykaliśmy się kolanami.
– Proszę podać mi ręce i zamknąć oczy – polecił mężczyzna. Jego wzrok emanował upajającym blaskiem i ciepłem. Poczułem, że moje serce zalewa zupełnie irracjonalna fala spokoju i zaufania. Zamknąłem oczy i wyciągnąłem dłonie do swojego rozmówcy.
– Tylko proszę nie otwierać oczu – podkreślił stanowczym tonem. – To trzeba poczuć, a żeby poczuć należy odrzucić zmysły i patrzeć sercem – dodał mocno zaciskając palce na moich dłoniach.

I wtedy zupełnie niespodziewanie poczułem, że mu wierzę. Wizja latania i szybowania w obłokach towarzyszyła mi od wczesnego dzieciństwa. Porzuciłem jednak marzenia, tylko dlatego, że nikt z otaczających mnie osób latać nie potrafił, a ja nie znalazłem odwagi by kiedykolwiek spróbować. Usłyszałem trzepot dywanu i wyraźnie poczułem jak zaczynamy się unosić nad podłogą. Po kilku sekundach dotknąłem głową sufitu.
– Czuje pan? – zapytał sprzedawca.
– Tak, czuję – uśmiechnąłem się nie otwierając oczu. Dywanem lekko zakołysało. Powoli i miękko opadł z powrotem na podłogę.
– To niesamowite – wyszeptał nieznajomy jakby czytając w moich myślach.
– To musi być sen – odrzekłem. – Zaraz się obudzę i okaże się, że nie ma żadnych latających dywanów.
– Całe życie czekał pan na swoje szczęście, a gdy teraz się pojawiło to pan mu zaprzecza? – akwizytor skrzywił się z niesmakiem. – Jest pan stworzony do latania – dodał i znów się uśmiechnął.

– Ile ten dywan kosztuje? – zapytałem ostrożnie.
– A ile by pan mógł za niego dać?
– Nie wiem, chyba wszystko co mam… Całe życie marzyłem o tym by latać.
– To proszę oddać wszystko – zaproponował i obaj się roześmieliśmy. Ale tylko na chwilę.
– Nie żartuje pan? – zapytałem sprzedawcę.
– To chyba uczciwa transakcja? – odpowiedział pytaniem. – Proszę choć raz w życiu zapomnieć o tym co pan musi i co powinien. Czas zrobić coś tylko dla siebie.
Pokiwałem skwapliwie głową i wstałem z dywanu.
– Dobrze, proszę brać wszystko – rozłożyłem ręce jakbym chciał zademonstrować to co mnie otaczało. Sprzedawca podszedł do drzwi, uchylił je i krzyknął na korytarz.
– Wynosimy!

Do mojego mieszkania zaczęli wchodzić wysocy barczyści mężczyźni i po kolei wynosić meble, książki, wyposażenie kuchni, sprzęt rtv i agd. Szło im szybko i sprawnie. Nie patrzyłem już na zegarek, bo uznałem, że tego dnia do pracy nie pójdę. Ani jutro, ani już nigdy. Nie interesowało mnie nic poza lataniem. Nie minęła nawet godzina gdy pozostałem w zupełnie pustym mieszkaniu. Wykręcono nawet łazienkową armaturę i grzejniki, skuto kafelki, odklejono tapetę z przedpokoju i zabrano panele podłogowe. Zegar już nie tykał, zabrano go razem z szafką, łóżkiem i starym nieodkurzonym dywanem. Gdy ciągnąć za sobą latający dywan szedłem do okna, echo moich kroków niosło się po zupełnie pustym mieszkaniu. Przestało padać, a olśniewające wiosenne słońce zdążyło już wypalić ciemną tonację mokrego chodnika i ulicy ciągnącej się pod oknami mojego bloku.

Okno na 17 piętrze się nie otwierało, musiałem więc sforsować szybę, by móc wystartować na swoim latającym dywanie. Wszedłem na parapet, przesłoniłem okno dywanem i zacząłem ostrożnie uderzać, tak by się nie pokaleczyć. Poszło nad wyraz sprawnie. Po zaledwie kilku minutach stałem już na parapecie z rozpostartym dywanem gotowym do lotu. Ten parapet był progiem, który musiałem przekroczyć by sięgnąć po marzenia.

Skoczyłem! Poczułem wiatr we włosach, słońce na twarzy i pęd powietrza. Dywan nie zawiódł, naprawdę leciałem, choć miałem problem by go rozprostować i rozsiąść się na nim dostojnie jak Salomon. Tkanina zwijała się próbując wyszarpać się z moich zaciśniętych dłoni. Byłem szczęśliwy jak nigdy w życiu, ale leciałem zaledwie kilkanaście sekund.
Zniosło mnie nieco na lewo od mojego bloku i gruchnąłem na mało uczęszczaną część chodnika, przesłoniętą z obu stron żywopłotem. Uderzenie było tak silne, że straciłem oddech i pociemniało mi przed oczami. Moje ciało zdawało się rozpaść jak porcelanowa waza zrzucona z kredensu na podłogę. Jednak żadna część nie odpadła ani nie potoczyła się z łoskotem. Wbiłem się w ziemię tak mocno, że jedna z płytek chodnikowych pod moją głową pękła na cztery części. Poczułem ciepło krwi wypływającej z mojej pogruchotanej czaszki. Kręgosłup połamał mi się na tysiące kawałków, a ręce i nogi popękały jak skorupka jajka na miękko mocno uderzona łyżeczką.

Początkowo leżałem jakby mnie tylko na chwilę zatkało i nie mógłbym złapać tchu ani wydobyć z siebie głosu. Po kilku minutach zorientowałem się, że w ogóle nie mogę oddychać, a moje ciało powoli zaczyna stygnąć. Odcinkiem chodnika, na którym leżałem nikt nie przechodził. Wszyscy wybierali drogę na skróty, idąc w poprzek trawnika wprost do najbliższego przystanku autobusowego. Leżałem tak przez cały dzień, a czas wlókł mi się niemiłosiernie. Pierwsza noc zdawała się nie mieć końca, gdy tylko zasypiałem budziły mnie koszmary, a z upływem czasu coraz wyraźniej czułem, że moje ciało stygnie i sztywnieje.
– Jednego nie mogę zrozumieć – usłyszałem o poranku znajomy głos sprzedawcy latającego dywanu. – Dlaczego po tym co przeszedłeś nie spróbujesz ponownie? – zapytał schylając się nad moim ciałem. Niestety nie byłem w stanie odpowiedzieć, a słysząc jego oddalające się kroki zacząłem rozumieć, że zostałem oszukany. Poczułem rozpacz i wściekłość, wstyd i upokorzenie. Dorosły facet dał się oszukać jak dzieciak.

„Coś takiego przydarza się tylko jednej osobie na miliard” – przypomniałem sobie słowa sprzedawcy. – „Wie pan jakie jest prawdopodobieństwo, że mając do sprzedaży tylko jeden taki dywan trafiłem właśnie na pana? Jest pan absolutnie wyjątkowym człowiekiem.”
Chciałem krzyknąć, ale nie byłem w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku, chciałem zapałakać, ale nadaremno. Po kilku dniach zrobiło się cieplej. Krzewy przy chodniku zazieleniły się, a słońce dłużej stało na niebie. Moje ciało powoli pęczniało i zaczynało odchodzić od kości, a po jakimś czasie unosił się nade mną przykry zapach padliny. Po upływie kolejnych dni zrobiło się jeszcze cieplej i wtedy dla odmiany moja fizyczna powłoka zaczęła kurczyć się i schnąć. Szybko minęła wiosna i lato, jesienią przykryły mnie suche liście, a zimą gruba warstwa puszystego śniegu. Nie odczuwałem jednak chłodu, porywistego wiatru ani promieni słońca.

Pewnego dnia przybiegł pies, obwąchał mnie z zainteresowaniem, zadarł nogę i obsikał to co ze mnie zostało. Tego też nie czułem. Doświadczenia wzmacniają i powodują, że stajemy się silniejsi. Zakupiony dywan nie nauczył mnie latać, ale sprawił, że nie było już sposobu na to by mnie zranić. Kilka tygodni później z pobliskiego drzewa spadł duży i ciężki konar, który wbił mi się w brzuch. Nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Jakbym mógł to nawet bym się uśmiechnął, może nawet cynicznie i z lekkim poczuciem wyższości.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here