Ten komiks zmienił moje życie

2

Przeczytałem dziesiątki tysięcy komiksów, zgromadziłem ich tony, ale tylko jeden odegrał w moim życiu taką rolę, że nawet po 40 latach od pierwszej lektury wciąż jestem pod jego wpływem.

– Ten jest ciemno-brązowy – ucieszyła się matka rozcinając karton, w którym znajdowały się drzwi do szafy. – To fajnie, w każdym pokoju będziemy mieli inny.
Była rok 1980, moi rodzice wzięli kredyt dla młodych małżeństw i właśnie kupili dwa regały. Dopóki nie rozpakowali ich w domu nie mieli pojęcia jakiego są koloru, a dopiero po złożeniu dowiedzieli się jak wyglądają. W tamtym czasie mieliśmy tylko jeden pokój i kuchnię, ale to wkrótce miało się zmienić. Wiosną przyjechał dziadek i dobudowali z ojcem nową kuchnię, a starą zmieniono w pokój. Była to cenna inwestycja, bo dzięki niej miałem swój kąt, w którym mogłem nie tylko spać, ale także gdzie składować komiksy, a później także kasety magnetofonowe i płyty CD. Uwielbiałem te meblościanki, które mama wypełniła tysiącami różnych rzeczy i ilekroć otworzyłem szafę, szufladę lub szafkę zawsze miałem w nich coś do odkrycia.
Przestań grzebać w tym regale – denerwowała się mama, szczególnie przed świętami, bo nie miała nawet gdzie ukryć przede mną prezentu pod choinkę. W Mikołaja przestałem wierzyć w wieku 2 lat, gdy pod poduszką znalazłem paczkę ze słodyczami i żołnierzykami, które były moją pierwszą kolekcjonerską pasją. Wtedy nie było jeszcze drugiego pokoju, a ja spałem na wersalce w kuchni niedaleko kuchni na węgiel, z której ojciec rano wygrzebywał popiół i rozpalał, żeby ugotować wodę na herbatę.
– Jak wszedł ten Mikołaj? – zapytałem mamę, gdy już rozpakowałem prezent, a żołnierzyki rozstawiłem na podłodze. Przecież nie kominem. Przez niego nie przecisnąłby się nawet krasnoludek, a nawet jeśli, to nie wyszedłby z kuchni bo jej małe drzwiczki były zamykane na skobelek od zewnątrz. Musiałby czekać, aż ojciec rano otworzy i wyciągnie go pogrzebaczem razem z popiołem.
– Przez okno wszedł – oznajmiła mama, a ja popatrzyłem na podwójne okna uszczelnione watą i zrozumiałem, że coś tu nie gra. Nie skomentowałem jednak, żeby nie robić jej przykrości. Skoro jej wiara w moją wiarę w świętego Mikołaja ją uszczęśliwiała to uznałem, że nie ma sensu psuć mamie macierzyństwa.

***

Gdy miałem trzy lata odkryłem w szafie coś niesamowitego. Książeczkę, która otwierała się nie na boki tylko do góry i była w całości wypełniona obrazkami. Niewielką ilość tekstu powpisywano w dymkach, które wychodziły z narysowanych postaci. Na tych rysunkach działy się rzeczy niewiarygodne – dwóch chłopaków i małpa przebrana za człowieka, latający syfon, trzymetrowa dłoń wystająca z podłogi… Siedziałem na czerwonoczarnym wzorzystym dywanie pod szafą i nie mogłem uwierzyć, że ktoś stworzył tak wspaniałą książkę. Natychmiast podbiegłem do kuchni zapytać mamę co to jest.
– To komiks – opowiedziała mieszając zupę w garnku.
Dlaczego mi go nie dałaś, tylko ukryłaś w szafie? – zapytałem z wyrzutem, bo znalazłem go na górnej półce pomiędzy kocem w kratkę, który zabieraliśmy latem nad wodę, a zimową kurtką mojego ojca.
– Uznałam, że jesteś jeszcze za mały i dam ci jak nauczysz się czytać.
Zupełnie mnie to nie przekonało. Dreptałem z tym komiksem koło matki i czekałem aż wreszcie skończy gotować ten głupi obiad i mi przeczyta.
Nie umiem czytać takich rzeczy, nie wiem w jakiej kolejności są te dymki z tekstem. Idź do taty, on czytał komiksy więc sobie lepiej poradzi – wreszcie się mnie pozbyła gdy ojciec wrócił z pracy. Trochę się zdziwiłem bo dotąd tylko mama mi czytała i nie miałem pojęcia, że tata też zna litery. Nie był zachwycony, bo właśnie rozciągnął się na wersalce i planował drzemkę. Na widok komiksu zobaczyłem jednak błysk w jego oku i łaskawie się zgodził.
– Tytus Romek i A’tomek, księga XVI – przeczytał na okładce, a mi w głowie zawirowało bo dotąd byłem pewien, że na świecie jest tylko jeden komiks, a tu się właśnie okazało, że co najmniej szesnaście.
Ta lektura zajęła dużo czasu, bo co chwilę o coś pytałem, a dwulatkowi nie było łatwo wytłumaczyć co to jest kaczka dziennikarska, chochlik drukarski, albo dlaczego Romek ssał ten wielki redakcyjny palec. Następnego dnia sterroryzowałem matkę i musiała mi przeczytać ponownie. Później znów czytał tata, dwa razy mama i znów tata. Musiała gorzko pożałować zakupu, bo nie lubiła komiksów, a ja już nie chciałem słyszeć o czytaniu książeczek z serii „Poczytaj mi mamo”.
Gdy w wieku 4 lat poszedłem do przedszkola znałem księgę XVI Tytusa na pamięć. Od pierwszej do ostatniej strony recytowałem tekst z poszczególnych dymków, mimo że nie znałem jeszcze wszystkich liter. To było fajne, bo wychodziłem nieraz na podwórko z tym komiksem i szpanowałem, że umiem płynnie czytać.
W przedszkolu pewnego razu pani zaproponowała by ktoś z nas opowiedział grupie jakąś historię. Oczywiście natychmiast się zgłosiłem i opowiedziałem księgę XVI Tytusa przy okazji starając się ją nieco ubarwić i uśmiesznić. Stałem się etatowym przedszkolnym gawędziarzem – gdy tylko mieliśmy wolne między rytmiką, a obiadem, albo padał deszcz i nie mogliśmy wyjść na dwór, nasza pani pytała czy ma nam coś poczytać, czy może ja opowiem o Tytusie. Wybierano mnie więc siadałem na krzesełku przed grupą i szyłem na poczekaniu wymyślone historie ku uciesze rówieśników i przedszkolnego personelu. Nie mam pojęcia co opowiadałem, ale z pewnością musiało być równie głupie co śmieszne, bo w pamięci zapadła mi dyrektor przedszkola, kobieta o dość obfitych kształtach, która podczas jednak z moich historii ze śmiechu zsunęła się z krzesła na podłogę.

***

Księga XVI Tytusa Romka i A’tomka to z pewnością lektura, która odegrała największą rolę w moim życiu. Dostarczyła mi nie tylko rozrywki, ale i wyposażyła w wiedzę pomocną nawet dziś. To właśnie w tej księdze Tytus trafia do redakcji, gdzie pracuje jako goniec, sprzątaczka i dziennikarz. Na skutek nieszczęśliwego puknięcia całego zespołu redakcyjnego kijem od szczotki Tytus staje przed zadaniem samodzielnego wydania kolejnego numeru tygodnika Trele-Morele. Z pomocą przychodzą mu Romek i A’tomek i wspólnie zaczynają zbierać materiały do gazety. Ta przygoda tak mocno mnie zafascynowała, a perspektywa robienia czasopisma wydała mi się tak niesamowita i pociągająca, że w wieku trzech lat postanowiłem zostać dziennikarzem i wydawcą gazety, która będzie opisywała wydarzenia z okolicy. Mama uśmiechnęła się dobrotliwie uznając, że to całkiem dobry pomysł, ale przy okazji radząc bym się najpierw nauczył pisać i czytać. Tak też zrobiłem, a 20 lat później otworzyłem własną lokalną gazetę. Po trzech latach miała nakład 100 tys. egzemplarzy, wychodziła w czterech lokalnych mutacjach, a ja zatrudniałem kilkanaście osób. Choć złota era lokalnej prasy już minęła, po kolejnych, blisko już 20 latach wciąż wydaję papierowy informacyjny tygodnik uzupełniając go największym lokalnym portalem internetowym. Gdyby nie księga XVI Tytusa Romka i A’ tomka to kto wie czym bym się dziś zajmował.

***

W księdze XVI Tytus się zakochał, po tym jak nabił się na strzałę amora. Wówczas zobaczył w oknie dziewczynę i serce mocno mu zabiło. Zaczął śpiewać serenady i grać na skrzypcach, ona jednak stała w tym oknie zupełnie niewzruszona. Wreszcie założył garnitur, kupił kwiaty i ruszył do mieszkania ukochanej chcąc wyznać swoje płomienne uczucie. Na kolejnym rysunku leci unosząc się nad schodami ugodzony wałkiem do ciasta. Okazało się, że to mieszkanie krawcowej, a ukochana widziana z okna była tylko manekinem.
Oczywiście nie zrozumiałem prawdziwego znaczenia tej historii gdy byłem kilkuletniem chłopcem, ale dziś wiem, że Papcio Chmiel mniej lub bardziej świadomie, dużo trafniej zobrazował miłość od pierwszego wejrzenia niż ci wszyscy poeci, o których uczyłem się w ogólniaku. Miłość romantyczna to w istocie miłość do samego siebie, do własnych wyobrażeń o drugiej osobie, budowanych na fragmentach rzeczywistości, które najczęściej nie przystają do tego jak jest naprawdę. Serio. Takie rzeczy można w Tytusie wyczytać. Gdyby księgę XVI mógł przeczytać Werter to pewnie dożyłby w szczęściu do później starości.

***

Kiedyś rodzice zabrali mnie na targi książki organizowane przez Trybunę Ludu. Tam doznałem szoku gdy na stoisku natknąłem się na kolejne księgi Tytusa – XI, XIII i XV. Oczywiście rodzice wszystkie musili mi je kupić, a dodatkowo po raz kolejny księgę XVI, bo od tej starej odpadła mi już okładka. Jak już poznałem litery i nauczyłem się je składać w wyrazy przez kilka lata czytałem ją niemal codziennie.
Gdy wróciliśmy do domu, po lekturze nowych komiksów, usiadłem z nożyczkami i zacząłem wycinać postaci ze starego, wysłużonego wydania. Później przyklejałem je od kartek i tworzyłem alternatywną historię z udziałem moich bohaterów. Z czasem wpadłem na pomysł, ze mogę przecież rysować i narysowałem w dzieciństwie kilkadziesiąt przygód Tytusa Romka i A’tomka, w których podróżowali takimi pojazdami ja suszarkolot, kapciolot, dzbanolot, czy prodziżolot (u mnie w domu nie wiedzieć czemu mówiło się „prodziż”, a nie prodiż). Bohaterowi moich komiksów pojawili się na Dzikim Zachodzie zanim przeczytałem księgę IX i przekonałem się, że naprawdę tam byli. Mój Tytus gościł w starożytnym Egipcie, walczył pod Grunwaldem i latał w kosmos. Robiłem też crossovery łącząc losy Tytusa Romka i A’tomka z przygodami Kajka i Kokosza oraz Jonki Jonka i Kleksa. W jednym z komiksów towarzyszył im nawet Kapitan Żbiki i Tarzan.

2 KOMENTARZE

  1. Ze dwadzieścia lat temu byłem latem nad Wisłą na wysokości Bartyckiej w Warszawie. Zarośnięty brzeg, wszędzie krzaczory, na około nikogo. I nagle z krzaków, parę metrów wychodzi jakiś siwy facet. Zamarłem – Papcio Chmiel! Tę charakterystyczną fizjonomię rozpoznałbym zawsze i wszędzie. Jedno z najbardziej surrealistycznych spotkań w moim życiu. Byłem tylko w stanie wykrztusić z siebie: „Dzień dobry…”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here